środa, 22 września 2010

Biedronkowa ruletka



Urzekła mnie książeczka Biedronki promująca ich hiszpańskie wina. Ceny, co tu kryć, rzucają na kolana. I nie tyczy się to tylko apelacji mniej renomowanych jak Toro czy La Mancha, ale również prawdziwych hiszpańskich gwiazd. Otóż w Biedronce można kupić wina z Ribery del Duero oraz z Riojy za niecałe 15 PLN. Zresztą uczciwie mówiąc, to jest nawet jakaś Rioja za dyszkę, ale dla mnie już jej nie starczyło. Krótko mówiąc okazja jest taka, że aż żal nie skorzystać.
Avaniel z Ribery del Duero okazał się zupełnie smacznym lekkim, codziennym winem. Przyjemna owocowość, lekkość, w sam raz kwasowość. Osoby oczekujące, że znajdą w nim chociaż cień Vega Sicilii czy innego Pingusa pewnie się zawiodą, dla mnie za te pieniądze jest w sam raz. Pogodne, młode i żwawe.
Tymczasem biedronkowa Rioja Finca Amalia to jakaś totalna pomyłka. Ani to nie jest Tempranillo, ani Rioja, ani chyba nawet wino. Pachnie chemią i tak samo smakuje. Można o nim niestety powiedzieć, że jest dość długim winem, absmak pozostaje na pół dnia. Omijać szerokim łukiem!
I znów wyszła banalna mądrość ludowa. U Owada można kupić tanie i niezłe wina, ale trzeba mieć przy tym sporo farta. Próbować chyba jednak warto.

czwartek, 9 września 2010

Jaworek 2009


W końcu, daleko w tyle za innymi blogerami, udało mi się zabrać za białe wina od Jaworka z 2009 roku. Poziom ekscytacji bez porównania mniejszy niż w roku ubiegłym. To chyba dobrze, że powoli się oswajamy z polskimi winami i nie patrzymy na nie jak na różowe słonie. Po wypiciu nowego rocznika wrażenia mam co najmniej mieszane.Najpierw na warsztat wziąłem Pinot Gris. Jest to pyszne, pełne, tłuste wino z potężnymi 13-oma procentami alkoholu. Szczerze mówiąc to smakuje tak jakby ktoś w Miękini znudził się robieniem wina, wsiadł w auto, pojechał do Alzacji, kupił trochę wina luzem i zabutelkował je w Polsce. W sumie można to uznać za komplement. Bez dwóch zdań najlepsze z białych.
Riesling był wyjątkowo odległy od ubiegłorocznego silnie kwasowego. Zupełnie jakby właścicielowi winnicy opatrzyły się dowcipy z jego nazwiska Jaworek=Kwasiorek. Riesling z 2009 roku jest poprawny, może nawet smaczny, ale wyprany z emocji. Dla Wojciecha Bońkowskiego jest tu za mało cukru, dla mnie wręcz przeciwnie, ten Riesling jest przesłodzony. Ale nie to jest jego największym mankamentem, w winie po prostu zabrakło nut rieslingowych. Została łatwa w odbiorze, balkonowa oranżadka.
Jako ostatnie wino wypiłem Traminera. Fajne, aromatyczne z wyczuwalną dojrzałą gruszką i żółtym jabłkiem. Wyznawcy Gewurztraminerów mogą się jednak cokolwiek rozczarować, żadnych płatków róży czy innego liczi tu się nie znajdzie. Porządne wino, ale znów mi przeszkadzał, będący wspólną cechą wszystkich trzech win, cukier.
Cała trójka to wina bez wątpienia smaczne i warto po nie sięgnąć, ale poznęcajmy się i poszukajmy też minusów. Moim zdaniem winom zabrakło pazura. Pogoda roku 2009 była wyjątkowo korzystna dla polskich winiarzy. Można odnieść wrażenie, że w Miękini nie spodziewano się takiego daru losu. Powstały wina tak bezpieczne, że aż asekuranckie. W sam raz aby przekonać osoby obawiające się, że w Polsce wszystkie wina smakują jak sok z kiszonych ogórków, dla mnie to było nieco za mało. Drugim minusem są ceny. Za Pinot Gris musimy zapłacić 66 PLN, za Rieslinga 53, a za Traminera 46. Rozumiem, że jest wiele ( zbyt wiele ) czynników powodujących wysokie koszty produkcji wina w Polsce. Mam nadzieję, że w kolejnym roku zniknie z polskich win etykieta świeżości i tak skandalicznie wysokie ceny będą nie do utrzymania.

piątek, 3 września 2010

Sibemus 2009 Winnica Płochockich

WYŚMIENITE
Miałem niekłamaną przyjemność "przedpremierowego" spróbowania Sibemusa z Winnicy Płochockich. Bez zbędnych owijaczy trzeba powiedzieć, że jest to najlepsze białe wino z tej winnicy jakiego kiedykolwiek kosztowałem. Od razu widać, że pochodzi ze świetnego 2009 roku. Pełne słońca, sporo ciała i niemała słodycz. Dobrze zrobiona mieszanka egzotycznej, wciąż dla nas, Sibery i Muscata. Z Muscatem jest ten problem, że jego przyjemnie perfumowane aromaty mogą zanadto dominować. W przypadku Sibemusa z proporcjami trafiono w punkt. Zaskakuje bogactwo przeciwstawnych czasem aromatów: dużo owoców tropikalnych, jakaś cytrynka, lipa i świeże winogrona. Wino wcale się nie nudzi. Na początku trochę nas oszukuje pokazując swoją słodszą i egzotyczną stronę, by pod koniec butelki pójść w kierunku cytrusowym. Jest nie tylko dobre, ale i ciekawe. Zdecydowanie warto i to bez żadnych dodatkowych punktów za kraj pochodzenia.

Z braku zdjęcia etykiety fotka gołoborza:-)

środa, 1 września 2010

(Wszech)Świat nie jest taki zły.

Świat nie jest zły, tylko trzeba wiedzieć gdzie na tym świecie zamieszkać. Z filmu Wszechświat - najdziwniejsze rzeczy można dowiedzieć się rzeczy niebywałej. Podobno istnieją chmury międzygwiezdne zawierające etanol. Chmura G 34 3 ( chyba tak się pisze ) z Gwiazdozbioru Orła to prawdziwa gorzelnia. Jest większa od Układu Słonecznego 1000 razy i zawiera tyle alkoholu, że każdy z nas mógłby pić 300 tysięcy butelek piwa przez najbliższy miliard lat! Słowem już wiadomo gdzie dokładnie jest NIEBO :-)

Filmik można przewinąć do 1:48

niedziela, 29 sierpnia 2010

Śliwowica lubelska

WYŚMIENITE
W sumie to mógłbym równie dobrze nazwać ten trunek Śliwowica Blaszana. Jest to bowiem kolejny prezent własnej roboty wykonany przez Michała ps. Blaha. Ale, że Michał jest właśnie z Lublina, to nazwijmy napitek regionalnie. Zaczęło się od komentarzy pod jednym z moich postów. Okazało się, że to co do tej pory uważałem za śliwowicę jest tylko produktem robionym pod turystów. Tak zwana Śliwowica Łącka sprzedawana w kolorowych butelkach ze złotym sznurkiem wokół szyjki i hasłem "Daje krzepę, krasi lica nasz łącka śliwowica" jest w rzeczywistości spirytusem z zaprawką. Oczywiście Górale z Łącka potrafią pędzić prawdziwą, pyszną śliwowicę i to robią, tyle, że częściej można kupić podróbki psujące reputację regionu. Ja również dawałem się nabierać, bo przyznam, że ze śliwowicami miałem kontakt zupełnie okazjonalny. Przypomina mi się trunek przywieziony przez rumuńskiego kolegę, który aby zmylić celników przelał go do butelki po wodzie mineralnej. Chciałbym móc opisać smak rumuńskiego napitku, ale niemal nic nie pamiętam z tamtego wieczoru spędzonego z Przyjacielem przy śliwowicy. A nawet jeśli cokolwiek się przypomina, to z pewnością nie nadaje się to do opisywania...
Wróćmy do Śliwowicy Lubelskiej. Zgodnie z opisem Autora nastaw ze śliwek został dwukrotnie przedestylowany. Następnie dodano do niego widoczne na fotce opiekane dębowe płatki ( znana nam dobrze sztuczka z wielu win ), które nieco podkręciły kolor i aromat. Kolor może przypominać nieco Żubrówkę. Smak wyjątkowo delikatny, gdzieś ze słodyczą w tle. Zapach rzecz jasna śliwkowy ( pewnie powstała z węgierek, ale pachnie bardziej uleną ) plus kwiaty wiosenne. Do tego jest bardzo delikatna, Łącka ma ok. 80% a smakuje jakby to było ze 200. Nie wiem jaki woltaż ma Śliwowica Lubelska, ale smakuje jak jakieś 50%.
Teraz powinienem napisać, że zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Tyle, że niestety jest to produkt nie do kupienia. Więc aby post miał jakąkolwiek wartość edukacyjną i niczym komiksy z Tytusem bawiąc uczył, pozwolę sobie na mały i jakże banalny apel. Warto poznać Śliwowicę! Alkohol ten jest produkowany "od zawsze" w całej Europie Środkowej. Widać pewne pokrywanie się terenów gdzie robiono śliwowicę z granicami Austro-Węgier. Podróż do Chorwacji, Rumunii czy Słowacji może być świetną okazją do przeprowadzenia porównań, gdzie śliwowicę robi się najlepiej. Nie odżegnujmy się od tej wspaniałej tradycji na rzecz plastikowego byle czego. No właśnie, poniżej znaleziona gdzieś w Sieci genialna etykietka.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Rippidu Etna Rosso DOC Filippo Grasso 2007

WYŚMIENITE, 6 Euro

DOC Etna to na dobrą sprawę jedyna sycylijska apelacja gdzie wpływ siedliska łatwo daje się wyczuć w winie. W pozostałych apelacjach, a jest ich bez liku, bo aż 24, bez porównania większą rolę w procesie powstawania wina należy przypisać winiarzowi niż miejscu. Z mnożeniem apelacji dochodzi zresztą do takich absurdów, że miejsca, które choć jeszcze NIE produkują wina już mają status DOC ( pewnie tak na zachętę ). Etna szczęśliwie jest zupełnie inna. Podstawową różnicą jaka się nam narzuca jest gleba. Odkryta skała wulkaniczna z definicji musi rodzić inne, bardziej mineralne wina. Ale nie tylko gleba robi różnicę. Etna jest naprawdę wysokim wulkanem, ma ponad 3300 metrów n.p.m. Oznacza to, że w położonych wyżej winnicach jest znacznie chłodniej, a winogrona dojrzewają dłużej. W niektórych winnicach grona zbiera się nawet ok. 10-ego listopada czyli później niż w Polsce! Dla porównania w okolicach Marsali ( również Sycylia ) zbiory odbywają się w połowie sierpnia. Dodajmy do tego jeszcze dużą różnicę temperatur w ciągu doby. Wszystko to nadaje winom elegancji i odróżnia je od przyciężkawych i przysłodkich win z innych części Sycylii.



Wycieczka na Etnę jest jednym z punktów obowiązkowych podczas objazdu Sycylii. Gorzej jeśli się tam pojechało zupełnie nieprzygotowanym od strony winiarskiej co zdarzyło sie właśnie mi. Wspinając się na dymiący wulkan coraz bardziej zmęczonym autem, nie mogłem nadziwić się, że niemal nigdzie nie widać wypatrywanych winnic. Okazuje się, że jadąc od strony południowo-zachodniej tak właśnie jest. Strefa uprawy winorośli ma kształt odwróconego C, a ja po prostu pojechałem odwrotnie. Nie do końca było to dziełem błędu czy przypadku. Zamierzałem odwiedzić położoną powyżej Randazzo winnicę Tenuta delle Terre Nere. Niestety było tam zamknięte, ale może to i lepiej bo musiałbym popełnić ten sam post co zaprzyjaźniony blog. Na szczęście otwarte było po sąsiedzku w winnicy Filippo Grasso. Pan Filippo okazał się bardzo sympatycznym winiarzem i czlowiekiem. Pochwalił się, że i u niego czasem pada śnieg:-) Wyjaśnił czemu nie używa beczek -to przecież czyni wszystkie wina podobnymi do siebie. Był zdziwiony, że można bać się Etny – ostatnia erupcja była pół roku temu i w dodatku na drugą stronę. Przede wszystkim jednak dał spróbować swoich win. Rippidu to, wywodzące się z dialektu sycylijskiego, określenie wulkanicznej gleby typowej dla zbocz Etny. Taką też nazwę uzyskało czerwone wino robione przez Filippo Grasso. Powstaje z lokalnych odmian winogron - Nerello Mascalese i Nerello Mantellato. Ma jasny kolor, kruchą budowę i zaskakująco szybko uderza do głowy, etykieta mówi, że to niby słabe wino ma aż 14%. Poza tym pachnie nienachalnie leśnymi owocami i truskawkami. Pije się świetnie, nie nudzi się ani po pierwszej ani po trzeciej butelce. Z racji niewielkiej wielkości upraw i niezbyt komercyjnego podejścia ( patrz wypasiona strona winnicy ) wątpię żeby kiedykolwiek pojawiło się w Polsce ( niestety! ). Tym bardziej warto będąc w okolicy Randazzo ich odwiedzić. Koszt wina niewielki, a frajdy naprawdę niemało.


Dziś mamy 24-ego sierpnia. Tego samego dnia o siódmej rano w roku 79 n.e. wybuchł Wezuwiusz grzebiąc Pompeje, Herkulanum i Stabie. Tak to w jednym poście splotło się o dwóch włoskich wulkanach. Obserwując aktywność Etny, jej księżycowy krajobraz, domy i kościoły zbudowane z kamieni wulkanicznych aż boję się napisać, że warto zwiedzać winnice na jej zboczach póki jeszcze...



niedziela, 22 sierpnia 2010

Angheli Donnafugata 2007

SMACZNE+, 12,50 Euro

Zgrzeszyłbym mówiąc, że wino mi nie smakowało i musiałem się do niego zmuszać, ale... Mam wrażenie, że zrobiono je jedynie po to by udowodnić Rollandowską tezę, że dobre wino można zrobić wszędzie. Otóż to, to jest dla mnie największy zarzut wobec Angheli. Nie widząc etykiety nie jesteśmy w stanie powiedzieć gdzie powstało. Nie mam tu na myśli regionu, czy kraju, nawet co do kontynentu można dać się nabrać. Bardziej niż pochodzenie geograficzne liczy się tu ręka winemakera. Ręka, trzeba uczciwie przyznać, raczej sprawna. Wino jest pełne, bajecznie gęste z dominującymi aromatami czerwonej porzeczki ( co w sumie jak na Merlota może dziwić ). Niestety emocji w nim nie ma nawet za pół grosza. Raczej go nie powtórzę.