niedziela, 11 listopada 2012

Winnica Adoria razy pięć

Prowadzona przez Kalifornijczyka Mike'a Whitney'a Winnica Adoria wydaje się być w pełni profesjonalnym projektem. Z rozmysłem wybrana działka, bardzo profesjonalny marketing (polecam zapisać się na ich newslettera ), skuteczne kreowanie własnego wizerunku w mediach, współpraca z wielkim dystrybutorem win, śliczne etykiety. Do tego wszystko jest spójne. Sprawia wrażenie zawodowstwa, w przeciwieństwie do wielu polskich winnic, których główną zaletą jest pasja winiarzy. Skoro jest tak dobrze, to czemu Adoria gości na tym blogu po raz pierwszy? Ano temu, że nie chciałem kopać leżącego. Początki win z tejże winnicy były najdelikatniej mówiąc trudne. A żeby być uczciwszym wobec faktów, to wina były dramatycznie niepijalne. Próbując ich przy okazji różnych degustacji, błogosławiłem zwyczaj profesjonalnego odpluwania spróbowanego wina. Taki badziew w ładnym opakowaniu. Coś się jednak zmieniło, a właściwie zmienia. Spróbowałem ostatnio pięciu win z Adorii i obok standardowych zlewek znalazłem również świetnie zrobione wina. Zacznijmy od zlewek.
Bacchus 2011 jest zwyczajnie niepijalny i na tym opis trzeba skończyć. Na to wino szkoda pół słowa, a co dopiero 60 złotych.
Chardonnay 2010 półsłodkie traktuję jako dowcip bądź eksperyment. Dowcip nieśmieszny zupełnie, eksperyment nieudany. Być może turyści odwiedzający winnicę żądali czegoś z cukrem i dlatego to wino powstało. W każdym razie powstać nie powinno. Mało brakowało a pojechałbym po nim do Rygi.
Riesling 2011 jest winem, z którym mam problem. Początkowo smakowało jak Bacchus, czyli było bardzo bliskie zlewowi. Z czasem jednak otworzyło się na tyle, że przypomniało uczciwego Rieslinga. Oczywiście 79 złotych za to wino trzeba traktować w kategorii dowcipu. Temu winu warto się jednak przyglądać.
Na koniec perełki, które sprawiły, że ten post w ogóle powstaje.
Chardonnay 2010 w wersji wytrawnej. Nie wiem czy są takie, ale dla mnie to mógłby być książkowy wzorzec Chardonnay. Pełne, zbudowane, ciężkie, ale nie nazbyt ciężkie. Świetnie połączona owocowość z aromatami chlebowymi. Naprawdę bombka. 79 złotych za to wino to sporo, ale po zakupie nie poczujemy się oszukani.
Pinot Noir 2010 chodzi w innej kategorii wagowej. Pijąc je nie myślałem, że jak na polskie warunki jest niezły. On jest niezły czy wręcz świetny jak na warunki światowe. Nawet kolega, który już dawno temu przestawił się z jedzenia mięsa na picie Pinotów, cmokał z uznaniem. Świetne wino, bardzo owocowe, delikatne i po prostu eleganckie. Wiem jak to zabrzmi, ale uważam, że 90 złotych za tego Pinot Noir to po prostu dobra okazja.


I tak po raz kolejny, się ułożyło, że przy okazji Święta Niepodległości wspominam o polskich winach. Teraz zabieram się za gęsinę.

5 komentarzy:

Mateusz Papiernik pisze...

Trochę to niestety niepokojące, że perełkami okazały się wina ze starszego rocznika. Nie sądzisz?

Bo w sumie albo 2011 był bardzo trudny, albo są inne powody dla ktorych Adoria nie chciała/nie potrafiła podskoczyć do swojej własnej propozycji z poprzedniego rocznika.

Białe nad czerwonym pisze...

Myślę, że to nie kwestia rocznika, a raczej szczepów. Albo po prostu te wina potrzebują więcej czasu.

Anonimowy pisze...

Myślę, podejrzewam, a raczej wiem, że to kwestia autora win Adorii z 2010 roku.

Białe nad czerwonym pisze...

@Anonimowy Tym gorzej w takim razie. Ale pożyjemy, zobaczymy. Ja ich nie skreślam.

Mateusz Papiernik pisze...

Ja też nie, a wręcz przeciwnie - ciekawy jestem jak się temat rozwinie. Dużo w podejściu Adorii do winiarstwa mi się podoba. Jak jeszcze to znajdzie pokrycie w udanych winach to nic, tylko pić i się cieszyć.