czwartek, 24 grudnia 2009

Drodzy Czytelnicy! Życzę Wam pięknych Świąt z jeszcze piękniejszą poprzedzającą Je Wigilią. Życzę odpoczynku od pracy, od codziennego biegu, również od internetu:-) Chwili zadumy nad Tym, którego kolejne urodziny będziemy świętować w piątek.
Wszystkiego dobrego!

niedziela, 20 grudnia 2009

Wino grzane

Zrobienie grzańca to niemal automatyczny odruch podczas takich mrozów jak obecne. Wydaje mi się, że stworzenie pysznego wina grzanego to prawdziwe wyzwanie. Ale taki, co najmniej przyzwoity, jest bajecznie prosty. Przede wszystkim unikam grzańców gotowych. Nawet nie dlatego, że są w czymś gorsze, ale przecież cały urok polega na tym by samemu coś skomponować.
Ja użyłem prostego, a właściwie baardzo prostego półsłodkiego wina francuskiego. Półsłodkie było z nazwy, francuskie zresztą chyba również, smakowało jak czerwona woda z procentami. Ogromną jego zaletą była niziutka cena.
Po wlaniu do rondelka zacząłem nerwowo rozglądać się po kuchni myśląc co by tam można dorzucić. Padło na skórkę pomarańczową, zmielony cynamon, garść goździków, cukier waniliowy, miód i kapkę syropu malinowego. Pod wpływem tych dodatków wino zmieniło się niemal jak brzydkie kaczątko w łabędzia. Jest naprawdę pyszne. Rozgrzewa, szybko idzie do głowy i dodaje blogowej weny. Rzecz jasna, grzaniec najlepiej smakuje na dworze, nigdy nie zapomnę cudnego kuligu w Puszczy Kampinoskiej z gorącym winem... Dziś nie byłem jednak tak odwazny by wyjść i rozkoszować się nim na balkonie. Więcej ciepła nam wszystkim życzę.

środa, 16 grudnia 2009

Campos de Luz Garnacha 2008

SMACZNE+, 29 PLN
Wina od Campos de Luz zadziwiają, im tańsze tym lepsze. O ile najdroższa Reserva była przyciężkawa, z nadmierną jak dlamnie słodyczą, Crianza naprawdę przyzwoita, to najtańsza Garnacha zaskakuje pozytywnie. Nos sympatycznie i zdecydowanie owocowy. Bardzo wypełnia usta, nie mamy wrażenia, jakże częstego przy tańszych winach, rozwodnienia. Taninki zaokrąglone, zero agresji. Jak dla mnie to właśnie jego najsłabszy punkt, bez szarpnięcia garbników nieco upodobnia się do całej masy łatwych w przyswajeniu niedrogich merlotów. Różni się od większości niedrogich win tym, że się nie nudzi. Wypiłem juz dobrych kilka butelek Luza i jeszcze nie mam dość.
Wino zostało wyróżnione przez Magazyn Wino Brązowym Medalem w kategorii win czerwonych do 30 PLN, dziś nawet na stronach MW jest winem dnia. Nieskromnie napiszę, że ja popijam je już od trzech miesięcy. Czuję się więc poniekąd współodpowiedzialny za wylansowanie marki.

niedziela, 13 grudnia 2009

Chardonnay/Auxerrois Jaworek 2008

WYŚMIENITE, 70 PLN
Dla mnie bez wątpienia najsmaczniejsze wino od Jaworka, nie wiem czy najlepsze, ale smaczne z pewnością. Choć na etykiecie na pierwszym miejscu widnieje nazwa Chardonnay, to faktycznie nieco większy udział procentowy ma odmiana Auxerrois. Nigdy wcześniej tego cudeńka nie próbowałem. Jak pisze Jancis Robinson jest to, z grubsza rzecz biorąc, mniej kwasowa wersja Pinot Blanc. Być może to niezły patent na zrównoważenie naturalnie wysokiej kwasowości występującej często w naszych winach. Wino było starzone w nowej francuskiej beczce czego szczerze mówiąc zanadto początkowo się nie wyczuwało. Czułem natomiast leciutkie szczypanie w język i wydaje mi się, że nawet można było dostrzec cień bąbelków. W aromatach było pełno lekkiego tropiku z dodatkami kwiatowymi. Nic nie dominowało, ale współgrało ze sobą wybornie. Na końcu wyczuwalna wyraźna nutka słodyczy, która jednakże pod koniec butelki zniknęła ( albo ja się na nią uodporniłem ). Wino pije się z ogromną przyjemnością. Nie podawałbym go koniecznie do posiłków, niewiele chyba potraw zdołałoby udźwignąć. Trochę zaskoczył mało cieszący oko kolor wina, a właściwie jego brak. Było najzupełniej przezroczyste.
Obawiam się, ze nieliczni będą mieli skonfrontować własne opinie z moją. Jak twierdzi producent zapasy Chardonnay/Auxerrois już się wyczerpały. Trzeba nam czekać na wina z rocznika 2009.

środa, 9 grudnia 2009

Gala Grand Prix Magazynu Wino 2009

Miałem przyjemność uczestniczyć w Gali Magazynu Wino anonsowanej jako najważniejsze wydarzenie winiarskie roku. Nie ma co, MW jest prawie tak skromny jak ja:-) Niestety, nie mogę zdać tu obszernej relacji, ani z samej Gali, podczas której wręczano nagrody, ani z degustacji prezentowanych win. Tego dnia nie władałem czasem, ale on władał mną i trawestując Stachurę wpadłem tam na chwilę zanim spuchła atmosfera, wina dwa wypiłem, potem cicho się pozbierałem. A szkoda ogromna, bo widząc tyle prawdziwego dobra żal, że niemal niczego nie spróbowałem. Ale po kolei.
Najpierw wręczono nagrody we wszystkich kategoriach, pełną listę zwycięzców znajdziecie na stronach MW. Najwięcej medali zdobyły firmy Mielżyński i Salute, łącznie zgarnęli aż 10 wyróżnień! Gratulacje tym większe, że dominujące na naszym rynku Centrum Wina wróciło do domu z jednym zaledwie medalem. I, tu największa niespodzianka, medal w kategorii Wydarzenie roku zdobyłem ja! Jak to? Ano Magazyn Wino za wydarzenie roku uznał rozkwit polskich blogów poświęconych winu. Oczywiście mam świadomość, że nie mnie mieli na myśli. Blogujących na poważnie i piszących z o wiele większym sensem znajdziecie w moich linkach. Że nie wspomnę o blogach na stronie MW. Niemniej dostrzeżenie nurtu niezależnego obecnego w Sieci bardzo mnie cieszy. Dziękuję. Ale skoro jestem ( przynajmniej teoretycznie ) niezależny, to pozwolę sobie z Redaktorami się nie zgodzić. Dla mnie bezsprzecznie najważniejszym wydarzeniem winiarskim roku była możliwość legalnego kupienia polskich win od Jaworka, ważne było, że pomimo skoku Euro, większość importerów przetrwała, że Biedronka ma zawstydzająco sensowny wybór win portugalskich i że rok 2009 zapowiada się w całej Europie na wybitny. To były prawdziwe wydarzenia.
Po rozdaniu nagród można było sprawdzić namacalnie czy nagrodzone wina zasłużyły na wyróżnienie. Ja, jakże by inaczej, skierowałem się do win włoskich. Miałem radość spróbować Sauvignon Quarz 2007 z Górnej Adygi
Wino zdobyło Srebrny Medal w kategorii najlepsze wino białe. Wino tak dziwaczne, że wymykające się zwykłym opisom. Nie mam pojęcia co w nim wyczułem. Z pewnością pełnia owoców tropkalnych, a do tego ogromna, taka surowa, mineralność. Połączenie dość zaskakujące. Kwasowość absolutnie idealna. Dawno nie piłem czegoś aż tak intrygującego. Muszę się spotkać z całą butelką w warunkach domowych, aby choć trochę je lepiej rozgryźć. Nagroda z pewnością zasłużona.
Czasu starczyło jeszcze na spróbowanie czerwonych win od Jaworka, to był mój pierwszy raz. Trzy wina, wszystkie inne, wszystkie ciekawe. Nie chcę pisać, że były genialnie smaczne, ale bez wątpliwości zrobione są porządnie. Ponieważ za dwie chwile wejdę w szczęśliwe posiadanie wszystkich butelek, poświęcę im więcej uwagi wkrótce.
A podsumowując trzeba przynać, że Galę mamy na wysokim poziomie europejskim, wina obecne na rynku również, ambitnych importerów jest cała masa, do tego dochodzą wina rodzime. Pozostaje już tylko jeden drobiazg. Przekonać Rodaków aby pili więcej niż 2 litry wina na głowę rocznie...

niedziela, 6 grudnia 2009

Tcherga dry 2006

SMACZNE-, 16 PLN
Tcherga to, obok Sophii, najpopularniejsze chyba u nas wino bułgarskie. Nie da się go nie zauważyć pośród innych butelek na półce. Mi kojarzy się przede wszystkim z IKEA, gdzie w absolutnie każdej kuchni występuje jako element dekoracji. Nie sposób też nie zauwazyć nawiązań etykiety do stylu łowickiego, a że Łowicz kojarzy mi się wyśmienicie ( dużo lepiej niż IKEA ), to Tcherga zdobyła już kilka punktów przed otwarciem. Próbując jej spodziewałem się o wiele mniej, więc i zaskoczenie było niemałe. Okazała się przyzwoitym, dobrze zrobionym winem z bardzo silnie wyczuwalną jeżyną. Niezbyt długie, ale też nie za krótkie. Fajna kwasowość, dość niski alkohol. Piło się z niekłamaną przyjemnością. Obawiałem się, że jest to hipermarketowy wyrób winopodobny, ale wręcz przeciwnie. Myślę, że w wielu domach może być winem codziennym. Dodatkowe plusy dołożyłem za genialną cenę.
Łowicz rządzi!

czwartek, 3 grudnia 2009

Dekanter

Dekanter bądź karafka są jednymi z niezbędnych atrybutów każdego miłośnika wina. Przynajmniej w filmach. W rzeczywistości bywa inaczej. Niecierpliwie otwieramy butelkę i szybko nalewamy do kieliszka tłumacząc samym sobie, że to tylko po to aby je lepiej docenić gdy za chwil kilka odetchnie. W ten sposób tracimy naprawdę sporo. I nie myślę tu wcale o romantycznym rytuale przelewania wina z butelki nad płomieniem świecy, takie zabawy są dobre na pierwszej randce. Pierwotne znaczenie dekantacji, polegające na oddzieleniu od wina osadu, obecnie traci na znaczeniu. Coraz mniej win zdąży wytrącić osad nim trafi na nasze stoły. Dla mnie przelewanie wina do karafki/dekantera to przede wszystkim napowietrzenie. Samo otwarcie butelki na pół godziny przed piciem nie może dać takiego efektu. Profesjonalne dekantery z premedytacją mają tak szerokie dno, aby była jak największa powierzchnia kontaktu wina z powietrzem. Ale co nam daje ta zabawa? Młode wina czerwone, które jeszcze nie zdążyły wtopić garbników znacznie łagodnieją, wina słodkie pozbywają się nadmiaru siarki, wina stare oddzielamy od osadu, zaś wina białe nieco podkręcają swój bukiet, różowe natomiast po prostu wyglądają prześlicznie. Z doświadczenia wiem, że nie ma co trzymać karafki wyłącznie na specjalne okazje, najwięcej na przelaniu zyskują wina najprostsze. Warto pobawić się w eksperymenty i nalać jeden kieliszek wina z butelki i drugi już natleniony.
Z budową dekantera jest podobnie jak z kieliszkami, im mniej ozdobników, im szkło prostsze, tym lepiej. Mój aktualnie używany ( ten ze zdjęcia ) to ręcznie zrobione Krosno. Chodzą plotki, że ich szkła mogą zniknąć z rynku wraz z upadkiem firmy więc radzę się spieszyć ( w W-wie mają sklep firmowy obok Kina Moskwa ). Idealny prezent pod choinkę lub jeszcze szybciej na Mikołajki. Mój dekanter jest również prezentowym i widać, że dany od serca, bo sprawuje się bardzo dobrze. O więcej takich prezentów proszę:-)

wtorek, 1 grudnia 2009

Dolcetto d'Alba Negretti 2006

SMACZNE-, 75 PLN
Dolcetto to przyzwoita odmiana winogron o sympatycznej, nawiązującej do cukiereczka, nazwie. Oczywiście robi się z niego wina jak najbardziej wytrawne. Są zdecydowanie łatwiejsze w piciu niż piemoncki gigant - Nebbiolo. Ponadto nie musimy na nie czekać 10 czy więcej lat, pije się je raczej za młodu. Z dużą nadzieją kupiłem więc butelkę trzyletniego Dolcetto od świetnego producenta. Piłem wcześniej ich dwa Barolo i były genialne. Dały się zapamiętać wśród kilkudziesięciu innych pitych tego samego dnia. Dolcetto zdaje się bazować na chwale swych silniejszych braci, trochę oszukuje, niemal jak kukiełka siedząca obok butelki. Piło się je bardzo dobrze, przyjemnie wypełniało usta, raczyło aromatami jeżyny. Tyle, że za taką kaskę oczekujemy ciut więcej, fajerwerków lub chociaż ich zapowiedzi. Tymczasem było to po prostu przyzwoite wino i niestety niewiele więcej. Spory plusik za to, że przy 14,5% nie wyczuwało się nic a nic alkoholu. Najzabawniejsze, że zostało wyróżnione w konkursie na "wino codzienne". Życzę sobie i Wam, aby wina za 75 PLN stały się naszymi winami codziennymi:-)

czwartek, 19 listopada 2009

Czy Beaujolais Nouveau jest passé?

Nadszedł trzeci czwartek listopada. Jeszcze niedawno był to po prostu trzeci czwartek listopada. Potem "porobiło nam się" święto Beaujolais Nouveau. Obecnie jest to umowny dzień, w którym można kopać leżącego. Znęcanie się nad B.N. ma w sobie coś z obgadywania byłej kochanki. Więcej w tym wstydu, że mogliśmy się nad czymś ( kimś ) takim zachwycać niż rzeczowej oceny. Niektórzy muszą odreagować. Najlepiej mówiąc, że to cienkusz ( prawda ), że zamiast w kadzi fermentuje w żołądku ( też prawda ), że to nie wino, tylko produkt marketingowy ( ćwierćprawda ) i że piją je tylko ludzie nic nie wiedzący o winach ( g... prawda ). Rzecz jasna najbardziej narzekają wszyscy znawcy pijący wina jedynie w święta państwowe. Obnażają oni słabości Nouveau z podobnym zacięciem z jakim starszy brat tłumaczy młodszemu, że Święty Mikołaj nie istnieje. Można oczywiście podglądać kto zostawia paczki pod choinką, a można w Wigilię przymknąć jedno oko i po prostu cieszyć się prezentami.
Na pytanie z tytułu notki trzeba odpowiedzieć TAK. Nouveau jest dramatycznie niemodne. I bardzo dobrze! Przesadny rozgłos szkodził i jemu i całemu regionowi, wracamy do normalności.
Dla mnie Beaujolais Nouveau to radość z faktu, że Natura dała nam kolejny rok, w którym udało się zrobić wino. Nie ma co udawać, że jest to najlepsze wino świata. Nad aromatami też lepiej za długo się nie rozwodzić. Nie ma sensu bawić się w degustatora z całym "ą", "ę", "bułkę przez bibułkę". Po prostu dobrze schłodzić ( zamaskuje większość jego wad ) i pić, aż do upicia. Upicie się nie jest zresztą nadmiernie trudne, Beaujolais Nouveau jak każde młode wino idzie momentalnie do głowy. Wiem co piszę, chciałem naskrobać tego posta kilka godzin temu, ale... odpłynąłem.
Życzę wszystkim wesołego pijaństwa przez najblizszych kilka dni i wykrzykiwania jedynego znanego mi zdania francuskiego "Beaujolais Nouveau est arrive!" , potem wróćmy do win "regularnych".
I jeszcze małe info o tym co piłem.
Beaujolais Nouveau 2009, J. Boulon
SMACZNE, 29 PLN

Zaskoczyło mnie ogromnie. Przede wszystkim nie wyczułem zapachu terpentyny, który towarzyszy większości B.N. Przyjemnie owocowe, z wyraźną kwasowością. Leciutkie, ale to cecha również "normalnych" win z regionu. Naprawdę niezłe, po wypiciu rozglądałem się za drugą butelką. Jeśli Nouveau, jak chcą jego producenci, jest zapowiedzią tego jaki będzie rocznik, to 2009 zapowiada się wyjątkowo dobrze.

niedziela, 15 listopada 2009

WINE TYCOON

FATALNA, 25$


Każdemu z miłośników wina marzy się czasem poprowadzenie własnej winnicy. Ponieważ nie zawsze jest to możliwe w realu, ucieszyło mnie, że powstała gra komputerowa imitująca prowadzenie winnicy. Niestety, gra może tylko zniechęcić do tego ciężkiego biznesu. Ma niemal same minusy, zarówno w kwestiach merytorycznych jak i ogromne braki warsztatowe.
Zacznijmy od scenariusza.
Jak zwykle, w tego typu zabawach, możemy wybrać grę jednorazową bądź tryb kariery. Rozgrywka przebiega w głównych regionach Francji. Niestety tylko Francji. Zaczynamy od upraw w najłatwiejszej Alzacji, później pracujemy w Jurze, Burgundii i t.d. Zadania jakie stawiają przed nami twórcy gry są tak banalnie proste, że aż nudne. Ot zrobić i sprzedać ileś butelek konkretnego wina. Funkcja czasu jest tu stosowana bardzo niekonsekwetnie. Można na przykład przetrzymywać przez kilka lat sfermentowany sok zanim zdecydujemy się jakie wino z niego powstanie. Niestety nie mamy żadnego wpływu na to w jakich proporcjach użyjemy konkretnych odmian. Nie odczuwamy również w najmniejszym stopniu ingerencji z zewnątrz. Aż się prosi dodać jakieś ciekawe zdarzenia z życia winnicy. Dajmy na to pożar zabudowań, kradzież winogron, strajk pracowników albo uczestnictwo w lokalnym konkursie. Pogoda niestety również nie wpływa na jakość winogron. Jedyną trudnością jest zapanowanie nad finansami. Ale tego też uczymy się momentalnie, zero dreszczyku. Gra jest tak pomyślana, że gdy postawimy odpowiednie zabudowania i zasadzimy właściwe krzewy, to nie bardzo mamy co robić. Naszym głównym zajęciem jest stosowanie pestycydów i herbicydów, im więcej tym lepiej. Raczej nie brano na konsultantów biodynamików:-)
Przejdźmy do oprawy gry.
Muzyka i dźwięki są bardzo miłe dla ucha przez pierwsze pięć minut. Potem obowiązkowo do wyłączenia. Grafika wyjęta z lat 90-tych, wierzyć się nie chce, że WINE TYCOON miała premierę miesiąc temu. Masakrycznie niewygodny interfejs. Kursor w kształcie korkociągu przestaje się podobać gdy nie możemy poprawnie najechać na wybraną pozycję. Przykro mi, że grywalność jest praktycznie zerowa. Po przejściu wszystkich poziomów nie chce się do nich wracać. Acha, brakuje też czegoś tak oczywistego jak stopnie trudności.
Jeśli Mikołaj będzie Was podpytywał co chcecie znaleźć pod Choinką nie wspominajcie o tej grze. Nadaje się tylko dla niegrzecznych zamiast rózgi.

sobota, 14 listopada 2009

Casa Silva Gran Reserva Carmenere 2006

WYŚMIENITE-, 69 PLN
Ciężko jest mi przekonać się do odmiany Carmenere. Nie jest to wina jakiejś wyjątkowej specyfiki szczepu, problemem jest raczej miejsce jej uprawiania. Znalezienie Carmenere gdzieś poza Chile to wyjątkowy wyczyn. Zaś chilijskie mają trudną dla mnie do zaakceptowania słodycz, nadmierne, sztuczne zagęszczenie owocu, jakieś takie przysmażenie. Casa Silva tymczasem smakowała mi ogromnie. Pewnie dlatego, że wyparła się swoich korzeni. Myślę, że nie widząc etykietki nie rozpoznałbym kraju pochodzenia. Wino eleganckie, nieprzesadzone, niemal europejskie. Oczywiście dają się w nim wyczuć wszystkie aromaty beczki, w końcu to Gran Reserva, ale nie stanowią najmniejszej przeszkody. Wino piłem w towarzystwie kilku innych z tego samego szczepu. W porównaniu z konkurencją sprawiało wrażenie nieco wycofanego. Nie jest to typ konkursowy, urzekający po pierwszym umoczeniu ust. Ale na dłuższą metę było jedynym, z którym by się chciało spędzić cały wieczór.

sobota, 7 listopada 2009

Dzień win argentyńskich


Miałem okazję wziąć w czwartek udział w Dniu win argentyńskich. Szedłem na spotkanie zupełnie nieprzygotowany i kołatoło mi się w głowie "Co ty wiesz o winach argentyńskich?". A wiem raczej niewiele. Że rządzi Bonarda i Malbec, że jak region to Mendoza, że sporo alkoholu i umiłowanie beczki, że ogromna produkcja i niemałe spożycie i że wszyscy cmokają nad potencjałem rozwojowym kraju. Czy dowiedziałem się czegoś więcej? Troszkę tak, ale po kolei.
Aby się dostać na degustację trzeba było być zaproszonym. Na oficjalnej stronie imprezy pojawiła się nawet notka, że limit zaproszeń jest już wyczerpany. Drzwi strzegli groźnie wyglądający panowie naprawdę sprawdzający czy wchodzący są na liście gości. Biorąc to pod uwagę nie mam pojęcia czemu było, tak na oko, ze trzy razy zbyt wiele osób w stosunku do wielkości restauracji ARGENTINA. Nie mam specjalnie nabożnego stosunku do wina, ale sytuacja, w której zamiast owocowych nut Malbeka, znacznie łatwiej wyczuć perfumy stojących wokół kobiet jest lekką pomyłką. Ponadto dodatkową zmorą, charakterystyczną dla degustacji otwartych bądź półotwartych, była nadreprezentacja osób przypadkowych. Sam kilka razy natknąłem się na dwie panie niestrudzenie szukające od stolika do stolika winka półsłodkiego, albo chociaż półwytrawnego. Całe szczęście przyszedłem wkrótce po rozpoczęciu imprezy i mniej więcej przez godzinkę, zanim przyszło naprawdę wiele osób, mogłem na spokojnie popróbować frykasów z Argentyny. Znając siebie i swoją niechęć do odpluwania win, od razu poszukałem pozycji najbardziej interesujących. Szerokim łukiem ominąłem wszystkie Chardonnay koncentrując się na stokroć lżejszym lokalnym szczepie Torrontes. Zdecydowanie najsympatyczniejszym okazał się:

Tapiz Classic Torrontes 2008
WYŚMIENITE-, 48 PLN
Wino bezpretensjonalnie leciutkie, co jeszcze nie znaczy, że cienkie. Doskonały perfumowany nos przywodzący na myśl Muscata. Wyczuwalne aromaty cięższych kwiatów, oprócz tego nieco cytrusów. Wszystko sprawia wrażenie bogactwa. Gdy oswoimy się z nim w ustach i już mamy przekonanie o jego lekkości nadchodzi przyzwoicie ściągająca końcówka. Ciekawe, zaskakujące, dobre.
Z innych białych można jeszcze wspomnieć o naprawdę przyzoitym Oltra Vida Viognier.

Ale mimo wszystko Argentyna kojarzy się raczej z czerwienią. Daje o sobie znać zapatrzenie w styl win hiszpańskich. Czyli beczka, beczka i jeszcze raz beczka. Sporo alkoholu ( wina powyzej 14% to tutaj nic dziwnego ), leko słodkawy finisz i ciężkie butelki. Te zbyt ciężkie butelki działają na mnie jak płachta na byka. Kojarzą mi się z tanim, jarmarcznym przebraniem. Choć bywają też pomocną wskazówką. Skrywają zwykle wina w stylu przesadzonym. Taka właśnie była Septima Gran Reserve Malbec. Wino zbyt ciężkie, silnie alkoholowe - 14,5% co niestety się wyczuwało. Bardzo drogie i bardzo nudne.
Malbekowi znacznie lepiej na zdrowie wyszło połączenie go z Cabernet Sauvignon i z Merlotem. Norton Privada Estate Reserve 2006, bo to o nim mowa, już teraz jest niezłym winem, przyjemnie układającym się w ustach. Czuje się jednak, że wszystko co najlepsze dopiero przed nim. Warto zainwestować i swoje odczekać.
Niemniej mój prywatny konkurs na wino dnia wygrało:
Las Moras Black Label Cabernet/Cabernet Franc 2005
WYŚMIENITE+, 95 PLN
Nie jest to połączenie szczepów, z którego słynie ojczyzna Maradony. Ale efekt piorunujący. Przede wszystkim dominuje wrażenie elegancji. Kilka sympatycznych nut pozornie się wykluczających, w tym przypadku ładnie się uzupełnia. Aromaty wiśni i porzeczki w otulinie z dymu z intrygującymi akcentami mięsnymi. Końcówka długa i delikatna. A najważniejsze, że zupełnie się nie nudzi, wracałem do niego trzykrotnie, wzbudzając coraz szerszy uśmiech u cierpliwych przedstawicieli importera.
Ciekawa była równiez interpretacja odmiany Tannat przez tego samego producenta, warto mieć w pamięci.

Podsumowując prezentację win argentyńskich trzeba się zgodzić, że kraj ten ma przed sobą świetlaną przyszłość. Choć zasłynęli dzięki Malbekom, to okazuje się, że inne czerwone szczepy znajdują tu wcale nie gorsze siedlisko. Ciekawe czy zakładając równie dynamiczny rozwój, za lat kilkadziesiąt, Argentyna będzie bardziej kojarzona z winem czy nadal z tangiem?
Na deser filmik, który juz tu kiedyś gościł, ale jest tak uroczy, że gości raz jeszcze.

video

czwartek, 5 listopada 2009

Riesling Kabinett Trocken Johannishof 2008

WYŚMIENITE-, 8 Euro
Już jednego Rieslinga od tego producenta zdarzyło mi się opisywać. Prawda jest taka, że gdyby nie strach przed monotonią, to mógłbym o nich pisać w każdym poście.
Winnica Johannishof robi wina od ponad 300 lat. Tak duże doświadczenie nauczyło ich stosunkowo prostej rzeczy. Na ziemi idealnej dla Rieslinga uprawiają... Rieslinga. I robią to więcej niż nieźle. Większość win jakich u nich próbowałem pochodziła z marnego 2008 rocznika. Tymczasem były na naprawdę wysokim poziomie, co sporo mówi o winiarzu. Sporo też mówi ich pokora. Choć mają powody do dumy zarówno z racji swojej historii, jak i jakości win, to usłyszałem od nich niemało bardzo ciepłych słów o winnicach konkurencyjnych. Biorąc to wszystko pod uwagę nie do końca rozumiem dlaczego jeszcze nikt nie zdecydował się importować tych win do Polski, są sprowadzane jakimiś bocznymi, rodzinnymi kanałami w śmiesznych ilościach.
Wracamy do naszego konkretnego Rieslinga. Choć na etykiecie przeczytamy trocken, to jak to w Niemczech bywa, zostało w nim całkiem niemało cukru resztkowego. Delikatne wino z 10 % zawartości alkoholu. Ciężko jest wypić pierwszy kieliszek, bo wciąż zatrzymuje nas nos, fantastyczny nos. Przede wszystkim natychmiast wyczuwalny dojrzały melon, oprócz tego nieco jabłuszka i cytrusów. Sprawia ogólne wrażenie ogromnego bogactwa. W ustach przyjemnie mineralne z nienajwyższą kwasowością. A do tego wszystkiego przyjemnie orzeźwia. Jedna butelka to zdecydowanie za mało!


czwartek, 29 października 2009

Praca w winiarni


Dziś nietypowo, bo ogłoszeniowo.


Bardzo zaprzyjaźniona winiarnia z Warszawy szuka pracownika do jednego ze swoich sklepów. Jeśli ktoś z Was, Drodzy Czytelnicy, chciałby podjąć wyzwanie, to napiszcie do mnie na bialenadczerwonym@gmail.com


Skoro zaglądacie na moją stronkę, to znaczy, że czujecie wobec wina co najmniej sympatię. Wiem, z doświadczenia, że nie ma nic przyjemniejszego niż praca będąca równiez pasją.

Więc DO DZIEŁA!


poniedziałek, 26 października 2009

Vana Tallinn

MIERNE+, ok. 8 Euro
Przykro, że tak nisko oceniam trunek z sympatycznej Estonii. Na kontretykiecie tego likieru przechwalają się, że ma on wiele wspólnego z rumem. Akurat! Z rumem to ma chyba tylko podobną zawartość alkoholu. Jest niewyobrażalnie słodki, ciężki. Aromaty orzechów i migdałów, najbliżej mu do taniego amaretto. Czułem, że coś mi przypomina i w końcu olśnienie. Jest jak niedrogie likiery sprzedawane turystom w San Marino. Maleńka próbka musi pachnieć na tyle silnie żeby łatwowierny turysta się skusił. Niestety pite już w warunkach domowych są zawstydzająco płaskie. Ale nie ma tego złego. Tak silne aromaty też dadzą się dobrze wykorzystać. Albo do polania lodów, albo użyte do najlepszego deseru świata - Tiramisu.
Jeśli ktoś się nie zraził, to odsyłam do stronki, na której znajdziemy propozycje drinków na bazie likieru Vana Tallinn.

niedziela, 25 października 2009

40 zadań dla winomaniaka

W lipcu w Decanterze ukazał się artykuł Margaret Rand "40 rzeczy, które każdy winomaniak powinien zrobić". W pełni zgadzam się z Autorką, że prawdziwego miłośnika win rozpoznaje się nie tylko po ilości i jakości wypitych butelek, ale również po emocjach i okolicznościach jakie temu towarzyszą. Obok zadań oczywistych jest sporo mniej dla mnie zrozumiałych ( jak podpatrywanie kangurów na przykład ). Mi troszkę przeszkadza nadmierne skupienie się Autorki na doznaniach z Portugalii, Francji i Australii, ale jednak większość pomysłów jest dość uniwersalna.
Część zadań nieco w tłumaczeniu skróciłem. Tekst oryginalny jest dostępny tutaj.

1. Naucz się dekantować.

To nie mogło być prostsze, nachyl szyjkę butelki nad karafką i lej. Miej tylko na uwadzę ostrożność i delikatność, polewaj powoli. Jeśli będziesz potrząsał butelką, będzie się to mijało z celem. Zresztą, nie musisz dekantować jedynie z powodów praktycznych: wina białe i różowe wyglądają zdumiewająco ładnie w karafkach. A zbieranie antycznych karafek to kompletnie nowe pole do popisu kiedy przychodzi do wydawania na coś swoich pieniędzy.

2. Kup sobie kilka kieliszków od Riedla (a następnie jeden upuść).

Szkła od Riedla są genialne i naprawdę pomagają winom się wyrażać. Lecz są zarazem drogie, więc zachowaj je tylko dla najlepszych butelek. Jednak gdy ktoś któryś z nich stłucze, Ty też upuść jeden. Teraz masz cztery kieliszki zamiast sześciu i zaczynasz się zastanawiać czy nie mógłbyś korzystać z czegoś tańszego. Oczywiście, że mógłbyś! W dodatku gdy zniszczysz jedne z najdroższych kieliszków jakie tylko można kupić, narodzi się w tobie ogromne poczucie wyzwolenia.

3. Poślub producenta wina.

Nawet producenci wina muszą kiedyś za kogoś wyjść. Jak zwykle, zacznij od zbliżenia się do kogoś. W tym celu udaj się pod numer 33. Jednak musi Ci się również podobać na wsi – nawet w lutym – i musisz przyzwyczaić się do wczesnego wstawania.

4. Pij wina z roku, w którym się urodziłeś.

A poza tym, postaraj się urodzić w jakimś wspaniałym roczniku! Jeśli jesteście po czterdziestce, polecamy Bordeaux, Porto, Sauternes, słodkie Vouvray albo niemieckie Rieslingi.



5. Uprawiaj seks w winnicy.

6. Zjedz foie gras wraz z Château d'Yquem.

Jest to najbardziej wysublimowane połączenie jedzenia i wina, które istnieje, więc od razu kup najlepsze foie gras, jakie tylko będziesz mógł znaleźć.

7. Wypij wino klasy Premier Cru z plastikowego kubka z jedzeniem na wynos z fast-foodu.

Tak, to było praktykowane. Możesz również uczynić z tego ironiczny hołd dla Bezdroży lub wypić swoje Premier Cru z kubka do przekąsek z hotelowego minibaru.

8. Odwiedź Vega Sicilia albo zrób zakład z przyjaciółmi o to, kto dostanie się tam pierwszy.

Vega Sicilia jest jak Fort Knox: zwiedzającym wstęp wzbroniony. Nawet największym handlowcom świata winnego odmawia się tam wstępu, chyba że to dobrzy znajomi, z którymi to oni chcą się spotkać, nie odwrotnie.

9. Wypij Maderę z czasów kiedy Maria Antonina była na tronie Francji (lub przynajmniej z czasów, gdy Wiktoria zasiadała na tronie brytyjskim).

Czy istnieje bardziej bezpośredni i emocjonalny kontakt z przeszłością? Madera jest trunkiem praktycznie nieśmiertelnym, dlatego też takie antyki potrafią być zaskakująco dobre. Spodziewaj się smaków, które są surowo ostre, skomplikowane i jedyne w swoim rodzaju.

10. Pozbieraj skamieniałości w winnicy Chablis Grand Cru.

Tam jest ich pełno, wystarczy spojrzeć w dół i nie patrzeć na winorośle. Są to głównie skamieniałe muszelki, w większości ostryg. Łatwiej zabrać do domu skamieniałości niż butelki.

11. Idź na charytatywną akcję win.

12. Zobacz na własne oczy wyścigi na plaży w Sanlucar de Barrameda.

Mniej nadęte niż te w Ascot. Najpierw plażą przejeżdża specjalny pojazd, by oczyścić ją z ludzi pracujących nad swoją opalenizną, dzieci, wiaderek i łopatek. Konie podążają za nimi z wielkim rykiem, a łomot wydawany przez ich kopyta powala. Nie ma na plaży nikogo, kto nie obejrzałby się za nimi. Potem wszyscy spędzają wieczór na mieście, jedząc tapas i popijając Manzanillą.

13. Wypij Grüner Veltlinera w półlitrówce w Buschenschank.

Jeśli zastanawiacie się co to jest, Buschenschank to austriacki bar winny. Buschenschanki blisko Wiednia są na ogół przepełnione turystami, jeśli możesz odwiedź te położone trochę dalej.

14. Załóż klub winiarza.

Przydaje się do doskonalenia umiejętności degustacji. Wybieramy region, granice cenowe i każdy przynosi butelkę. Do klubu można włączyć profesjonalistę prowadzącego spotkanie.

15. Zatrzymaj się w Hotelu Les Crayeres w Szampanii.

Jest to prawdopodobnie jeden z najlepszych hoteli. Tak naprawdę jest to restauracja z pokojami, dlatego po jedzeniu nie musisz iść daleko do swojego pokoju.

16. Zjedz winogrona z wielkiej winnicy.

Jeśli jesteś gościem właściciela jest to łatwiejsze. A jeśli jesteś sam, nie zrywaj całej kiści tylko pojedyncze grona. Nie daj się złapać, chyba że chcesz się nauczyć wielu nowych słów w obcym języku.

17. Zorganizuj architektoniczno-winiarską podróż po Rioja.

Rioja jest ciekawa nie tylko winiarsko, ale i architektonicznie. Bodegas Isios została zaprojektowana przez Santiago Caltavar zainspirowanego rzędem beczek do stworzenia aluminiowych fal na dachu. Zaś dla Marquesa de Riscal botegę zaprojektował Frank Gehry.

18. Spróbuj Tokaja Essencia.

Tak naprawdę jest mniej interesujący niz 5-6 Puttoniowy Tokaj Aszu, ale ma bogatszą mitologię.

19. Pojedź pociągiem z Oporto do Pinhao.

To magiczna przejazdzka wzdłuz rzeki, podczas której mijasz winnice, rybaków, kobiety piorące w rzece...

20. Przejedź się na wielbłądzie w McLaren Vale.

Wielbłądy nie pochodzą z Australii, ale są tam tak długo jak Cabernet. Australijskie wielbłądy są dwugarbne co sprawia, że są mniej wygodne do podróżowania niż jednogarbne.

21. Ugniataj nogami winogrona w kadziach kamiennych w Porto.

Ciepły sok podchodzi do Twoich kolan, a w środku znajduje się wiele śliskich skórek i twardych pestek. Nie wskakuj do środka, ani nie wrzucaj tam nikogo, Twoim zadaniem jest tylko uwolnienie koloru i smaku ze skórek.

22. Otwórz butelkę Szampana szablą.

23. Ukończ kurs winiarski.

Samotne kobiety traktują kursy winiarskie jako miejsce gdzie mogą spotkać odpowiedniego kawalera:-) . Mistrzowskie kursy służą przede wszystkim cieszeniu się winem, a ewentualne wymiany numerów to bardziej kontakty ze sprzedawcami wina.

24. Kup wino bezpośrednio od producenta.

To nie musi być droga do znalezienia najlepszego wina, ale służy zabawie i rozrywce. Odwiedzaj dobre posiadłości. Pamiętaj, że nie masz obowiązku kupowania czegokolwiek, ale skoro popróbowałeś, pouśmiechałeś się do wszystkich, to nie miej nikomu za złe oczekiwań wobec Twoich zakupów.

25. Wypij młode rocznikowe Porto z puddingiem.

Rocznik 2007 jest określany jako pyszny. Otwórz je dopóki jest soczyste. Masz na to 3-4 lata zanim się zamknie.

26. Przeleć się helikopterem nad regionem winiarskim.

Z lotu ptaka Medoc wygląda jak zestaw zabawkowych zameczków dla dzieci.

27. Spróbuj wina lodowego.


28. Pobiegnij w maratonie w Medoc.

W "punktach żywieniowych" tego maratonu znajdziesz najlepsze wina i ostrygi.


29. Rozpoznaj wino korkowe i posprzeczaj się z sommelierem.


30. Zjedz śniadanie z topowym, rocznikowym Szampanem.


Nie chciałbyś taniego szampana na śniadanie, prawda? Tak rano pasuje tylko najlepszy. Pomiń sok pomarańczowy i zjedz jajecznicę z tostem, z jaj strusich oczywiście.


31. Zaplanuj przyjęcie wyłącznie z winami.


Niech goście lepiej będą odpowiedni. Po co otwierać Twoją najlepszą butelkę jeśli goście tego nie docenią. Przygotuj proste jedzenie i nie pozwól by goście podeszli do tego zbyt snobistycznie.


32. Zwiedź piwnice Chateau de Beaunne.


Siedziba Bouchard Pere et Fils posiada najsłynniejszy zbiór win we Francji, jeśli nie na świecie. Miliony butelek w ogromnych podziemnych korytarzach ocalone przed nazistami dzięki generałowi, który był miłośnikiem win. Bouchard czasami otwiera stare butelki, 1863 Mersault - ktoś chętny?


33. Popracuj przy winobraniu.


Zapracujesz się na śmierć, zapomnisz czym jest sen i będziesz świetnie się bawić. Twój sprzedawca wina moze Ci pomóc znaleźć pracę, albo sam jej poszukaj tam gdzie zechcesz.


34. Zjedz obiad w Factory House.


Factory House w Oporto został wybudowany przez miejscowych angielskich sprzedawców dla ich własnych potrzeb i do tej pory w środy jadają tam obiady.


35. Pij wina zrobione z winorośli starszych niż Ty.


Stare winorośle ( vieille vignes ) wcale nie są tak stare jeśli są młodsze od Ciebie. Barossa zaś ma jedne z najstarszych, nawet Twoja babcia byłaby zdumiona.


36. Kup skrzynkę wina en primeur.


Może nie w tym roku. Ale jeśli zdarzy się świetny rocznik dobrze będzie powiedzieć: "Nie kupiłem zbyt wiele, tylko troszkę Cheval Blanc".


37. Odkryj zamki w Dolinie Loary i tamtejsze winnice jeżdżąc rowerem.



Wolne tempo pasuje do Loary. Wyszukuj bocznych dróg, znajdź dni miejscowych targów i zatrzymuj się kiedy tylko chcesz. Pamiętaj tylko, że regiony winiarskie są z reguły pagórkowate.




38. Zgub się w Pomerol.


Region Pomerol wcale nie jest zbyt mały, aby się w nim zgubić. Jest płaski, cała okolica wygląda podobnie, a drogowskazy wskazują mało ważne miejsca. Producenci z tamtych stron są przyzwyczajeni do telefonów od niedoszłych zwiedzających: " Jestem na skrzyżowaniu, widzę Chateau X po prawej stronie". Innym miejscem gdzie nie da się nie zgubić jest Haut-Brion: jest schowane daleko na przedmieściach Bordeaux bez żadnego pomocnego drogowskazu.

39. Wybierz się na obserwowanie kangurów w Hunter Valley.

W przeciwieństwie do innych regionów australijskich, Hunter Valley zdaje się produkować kangury na zamówienie. Weź ze sobą lornetkę, są nieśmiałe i ciężko je zobaczyć wśród listowia. Najlepszy czas na oglądanie ich to wieczór.

40. I... wypij swoje najlepsze wino.

Pij wino gdy jego najlepszy czas juz minął i powiedz: " Gdybym otworzył to wino 5 lat temu...". Otwórz je troszeczkę zbyt wcześnie i czerp przyjemność z obserwowania jak się otwiera w kieliszku. Wino jeszcze zbyt młode będzie pełne przyjemności i zachwytu, to zbyt stare będzie stratą.

poniedziałek, 19 października 2009

Campos de Luz Crianza 2006

SMACZNE, 39 PLN

Zwodnicze, że w regionie Carinena robią wina z odmiany Garnacha. Jak na Garnachę wino jest dość ciepłe. Aromaty wiśni, smażonych owoców, trochę wanilii. Najprzyjemniejsza jest delikatnie kwasowa końcówka. Miłe, niezobowiązujące, warte swojej ceny. Co ciekawe było zdecydowanie smaczniejsze niz dyszkę droższa Reserva. Ale tu może wychodzić moja niechęć do nadużywania beczki.

środa, 14 października 2009

Eiswein Gres 2007

WYBITNE-, 14,90 Euro
Czy to jest duże faux pas zrobić Eisweina z Pinota?

Już kiedyś pisałem o genialnym pomyśle na zrobienie wina jakim jest Eiswein. Dziś znów kilka ciepłych słów o tym zimnym winie. Tym bardziej, że pogoda za oknem sama podpowiada temat.
Ale zacznijmy nietypowo, od czerwonych win niemieckich. Prawda jest taka, że nigdy nie pałałem do nich miłością. Uważałem, że jest tam po prostu zbyt zimno, aby powstała jakaś rozsądna czerwień. Pierwszy dzień ostatniego pobytu w Niemczech tylko mnie utwierdzał w tym przekonaniu. W dniu drugim zdarzyło się trafić na całkiem przyjemne Pinot Noir, zwane tu Spatburgunderem. Zaś trzeciego dnia dostrzegałem plusy w wątłej budowie i nienachalności tutejszych Pinotów. Strach pomysleć co bym o nich sądził gdybym został tam na dłużej. Niemniej, pomimo pewnych zalet, wciąż ciężko mi zrozumieć dwie rzeczy. Po pierwsze czemu wiele doskonałych siedlisk "marnuje się" próbując, nieco na siłę, sadzić Spatburgundera zamiast sprawdzonego Rieslinga. I po drugie kto jest skłonny płacić kilkanaście-20 Euro za te wina, skoro w tych cenach można dostać absolutnie wybitne pozycje na przykład z Włoch.
Winnica Gres tyle zgrabnie, co zaskakująco, połączyła determinację Niemców w uprawie czerwonych gron i ich umiejetność robienia win białych. Teoretycznie wszyscy wiemy, że sok z czerwonych winogron jest biały i bez większego kłopotu można z nich zrobić białe wino. Ale nieliczni się na to porywają. Gres się porwał i wyszło genialnie! Chociaż nie piłem zbyt wielu win lodowych w życiu, to bez kłopotu dostrzegłem przeogromną klasę opisywanego. Barwa wina, to chyba jedyny jego feler, wygląda jak brudna woda. Natomiast aromatami możnaby obdzielić kilka przyzwoitych win. Znajdziemy tu: lody waniliowe, jabłko, dojrzałą gruszkę, limonkę, pełno kwiatów ( smolinosy ), miód, winogrona. Ale najciekawsze, że wyczujemy też typowe dla Pinot Noir nuty "sierściuchowe". W ustach słodziutkie z fantastycznie delikatnie kwasową końcówką. Przewrotnie mówiąc jest to najlepsze wino jakie w Niemczech można zrobić z czerwonych winogron. Dodajmy jeszcze, że dopisało nam nieco szczęścia. W 2007 roku był zaledwie jeden dzień odpowiednio zimny by zebrać zmarznięte winogrona.
Warto również spróbować innych, mniej eksperymentalnych, słodyczy od tego producenta. Powstają one z tradycyjnego Rieslinga i z popularnej w tamtych stronach krzyżówki Huxelrebe. Zaskakująco dobrze wypadło jedno z podstawowych win winnicy - Rivaner.
Podsumowując to naprawdę przyzwoity i wart odwiedzenia winiarz, choć w przewodnikach winiarskich raczej nie błyszczy.
W Polsce niestety niedostępny:-(



wtorek, 13 października 2009

Meursault du Chateau 2004

WYŚMIENITE-

Przyjemnie jest czasem liznąć klasyki. A jeszcze przyjemniej jest jej powąchać. Zwłaszcza w tym przypadku. Gdybym miał oceniać jedynie zapach, to byłoby znacznie lepiej. W nosie było trochę orzecha i dużo, bardzo dużo pigwy suszonej. Oczywiście w kwestii pigwy nie mogło się równać z opisywanym tu Chaenomelesem :-) Miało też lekki naftowy ogon budzący u mnie skojarzenia z Sauternes. Do tego możemy dodać jeszcze nutki miodowe. Po tak mile zachęconym nosie usta czekały na naprawdę wiele. Niestety w ustach okazało się stosunkowo krótkie, cierpkawe. Nie znaczy to jeszcze, że mi nie smakowało, tyle że smaku sobie narobiłem na znacznie więcej. Dysonans między dwoma zmysłami taki jakby mi ktoś w trakcie podnoszenia kieliszka podmienił wino.

piątek, 9 października 2009

Natlenienie wina

Nie wiem czy przypadkiem się nie skompromituję, ale przyznaję, że urządzonko ze zdjęcia powyżej widziałem pierwszy raz w życiu. W założeniu jest to bardzo szybki sposób na natlenienie wina, coś w stylu "prawie jak dekanter". Nie wiem czy fotka jest dość czytelna więc opiszę. Wino wlewamy szerokim gestem do naczynka od razu w tej ilości jaka ma być w kieliszku. Następnie wino spływa cieniutkim strumieniem i jest od razu dotlenione. Jest to, moim zdaniem, twórcze rozwinięcie nalewania wina z dużej wysokości, też po drodze coś powietrza łapie. Niemniej gadżet wygląda dość elegancko i na upartego może się zmieścić w kieszeni. W przeciwieństwie do dekantera.

środa, 7 października 2009

Ijalba Crianza 2005

WYŚMIENITE, 58 PLN

Wino spróbowane podczas ostatniej degustacji organizowanej przez Wine4You. Próbowanie win na tego typu spotkaniach jest zazwyczaj dość karkołomnym zadaniem. Za dużo osób, za gorąco, zbyt wiele zacnych win rozpraszających uwagę. Trzeba dobrze wiedzieć przed spotkaniem po co się przychodzi. Po spróbowaniu tego czego chciałem i o czym wkrótce tu naskrobię, podszedłem do win z Rioja. Prawdę mówiąc to nie z własnej woli podszedłem, tylko Przyjaciel mnie zaciągnął. Zachwalał, że pił jedno cudeńko w Hiszpanii i że ja również muszę. Mus to mus. Największym wabikiem tego wina jest jego organiczność. Ja do całej organiczności podchodzę jak pies do jeża. Węszę w tym rzadziej dbałość o ekologię, a częściej zabieg marketingowy mający na celu sięgnięcie do portfeli zielonomyślących klientów. Mniejsza o to jak jest w tym przypadku, wino broni się doskonale. Na początku uderza w nas słodziutki nos. Super mocna czerwona porzeczka, wiśnia i ... pomidory prosto z krzaczka. W ustach przyjemnie ciepłe, pełne, ale bez przesady. Było tak interesujące, że łamiąc reguły degustacji nie odplułem i rozkoszowałem się długą, dość niepokojącą końcówką. Finisz miał zdecydowanie dymny charakter ( odzywa się rok leżakowania w dębie ), jakbym zaciągnął się papierosem. Zaś już po przełknięciu najpierw nieco ściąga dziąsła, a pod koniec zjednuje zmysły lekką słodyczą. Gdyby tak wyglądałby wszystkie wina z Rioja, to chyba pijałbym je znacznie częściej niz trzy razy do roku.

wtorek, 6 października 2009

Johannisberg "S" Kabinett feinherb 2008

WYŚMIENITE, 8,80 Euro

Choć termin feinherb jest teoretycznie zamienny z fruchtig, to w rzeczywistości wina feinherb są nieco mniej słodkie niż fruchtig. Kolejna zawiłość niemieckich etykiet, które bardzo ułatwiają wybór konsumentowi, ale pod warunkiem posiadania umiejętności odpowiedniego ich odcyfrowania. Dla nas najistotniejsze jest, że są to wina tak delikatnie półwytrawne, że niemal ocierające się o słodycz. Ale zostawmy terminologię, skupmy się na winie. Dla mnie to prawdziwa bomba owocowa. Aromaty uderzają natychmiast w nozdrza i są pięknie ułożone nie zostawiając wrażenia dysharmonii. Najsilniejsze były nuty melona, oprócz tego sporo gruszki, zielonych jabłek, limonki. Wiele radości daje fakt, że tych aromatów wcale nie trzeba szukać wwąchując się w kieliszek, przychodzą do nas same. Spora zawartość cukru resztkowego sprawia, że pije się je świetnie po obiedzie. Jednak jeśli ktoś nie chce kupować kilku win na jedno spotkanie i zmieniać ich w zależności od okoliczności, to spokojnie może zdecydować się na tego Rieslinga. Jest fantastycznie uniwersalny, ale najchętniej będzie się łączył z warzywami. Szkoda, że czas szparagów już się skończył... Na przyszły rok będzie jak znalazł, zwłaszcza, że leżakowanie może mu wyjść tylko na dobre.

A więcej ciepłych słów o winnicy już wkrótce, bądźcie czujni.

niedziela, 4 października 2009

Chateau Hauteville 2006

WYŚMIENITE, ok. 75 PLN
Jak kwiat to róża, jak samochód to Mercedes, jak wino to Bordeaux. Człowiek szuka po całym świecie i niepotrzebnie wyważa otwarte drzwi podczas gdy spełnienie jest tak blisko i tak oczywiste. Jest chyba tylko jeden powód czemu tak niewiel pijam tamtejszych win. To ceny oczywiście. Tanie bordówki są dużo słabsze od innych win w tej samej kategorii cenowej. Zaś drogie są genialne, ale kosztują naprawdę sporo. Tym chętniej sięgnąłem po Chateau Hauteville z Saint Estephe, jest w rozsądnej cenie ( tym rozsądniejszej, że to nie ja płaciłem).
Wino z fantastyczną strukturą. Silne, pełne, zdecydowane, ale nie za bardzo, pięknie zbudowane. Nieco ziemiste plus aromaty dżemu porzeczkowego. Byłoby ciut toporne gdyby nie sympatyczne przełamanie zgrabną kwasowością. Dzięki temu nie można się nim łatwo znudzić.
Ciekaw jestem jak będzie smakować za kilka lat, picie tak młodego Saint Estephe ma jednak jakąś dozę barbarzyństwa.

środa, 30 września 2009

Riesling Auslese 1973 Jean Buscher czyli pochwała dojrzałości.

WYBITNE-
W Rheinhessen odwiedziliśmy Jeana Buscher. Dał nam się zapamiętać nie tylko dzięki francuskiemu imieniu, stworzył prawdziwe show. Rozpoczęło sie niewinnie standardowym zaproszeniem do piwnic. A tam zwyczajowo proszę szanownej wycieczki: na prawo beki drewniane, na lewo pleśń, a w kącie skarbczyk. Jean z dumą, choć bez pozy, pokazał wiekowe wina ze swojej piwnicy. Gdy już wydaliśmy z siebie ochy i achy właściciel winnicy nieoczekiwanie zapytał szefową naszej wycieczki - Anię o wiek. Ta chyba lekko oszołomiona ( kobiety są zawsze zaskoczone takim pytaniem ) grzecznie odparła, że urodziła się w 1973r. Pan Buschner uśmiechnął się, wziął omszałą butelkę z odpowiedniej półki i oznajmił nam, że w takim razie napijemy się Rieslinga z roku 1973. Przetarł z grubsza kurz i sprawnie wyciągnął z szyjki stary już korek. Gdy wszyscy obfotografowaliśmy wino ze wszystkich stron, wzięliśmy się za próbowanie. Pierwszym co przykuło naszą uwagę był kolor. Riesling był jasnozielony niczym jedna z oranżadek witaminowych (nazwa mi umknęła). Gdy wino odetchnęło i uleciały z niego aromaty ropopodobne zaczęliśmy się rozkoszować. Bardzo pełne w ustach, bogate, ale nie nudne, wciąż niezmiernie zywe. Świetnie zrównoważona słodycz typowa dla Auslese z kwasowością. Silne nuty cytrusowe, gruszkowe oraz antonówki. Po kilku chwilach niektórym z nas zaczęło przypominać napój jabłkowo-miętowy Tymbarku. Było to kapitalne przeżycie, tym przyjemniejsze, że niespodziewane. Swoją drogą Ania mogła powiedzieć, że urodziła się w 1911 :-)
Po wynurzeniu się z piwnicy czekał na nas lekki lunch i zadanie. Do każdej z czterech potraw widocznych na talerzu, gospodarz zaserwował dwa wina prosząc nas o wybór bardziej odpowiedniego. Ćwiczenie jak najbardziej pouczające. Zabawa była tym lepsza, że zapomniano dać nam spluwaczek i w okolicach ósmej próbki przekonaliśmy się, że wina z Rheinhessen potrafią również uderzyć do głowy. Całe spotkanie było przeplatane gierkami słownymi pomiędzy ojcem a synem (obaj na zdjęciu), a im dłużej próbowaliśmy tym słabsze dowcipy nas bawiły:-)
Jeśli będziecie w okolicach Bechtheim odwiedźcie tę winnicę koniecznie i na wszelki wypadek mówcie, że macie 90 lat, może uda się spróbować czegoś ekstra.