niedziela, 13 marca 2011

Degustacja win austriackich

Podczas czwartkowej degustacji win austriackich w Hotelu Marriott mogliśmy skonfrontować rzeczywistość z kilkoma stereotypami. I rzeczywistość wydała się znacznie piękniejsza od stereotypów, choć niektóre schematy dotyczące win austriackich trzymają się mocno.
Zacznijmy od tego, że wina te mają swój dość łatwo rozpoznawalny charakter. Nie są to, jak czasem by chcieli niektórzy, takie słabsze wina niemieckie. Prowadzący seminarium Austriak (uciekło mi Jego nazwisko) mówił, o braku granic, o przenikaniu się kultur winiarskich i t.p. O tym, że granicząca ze Słowenią Styria daje wina podobne do słoweńskich, a w przytulonym do Węgier Burgenlandzie powstają wina zbliżone do madziarskich. To zupełnie niepotrzebna skromność. Austria, jako winiarska całość, ma swój styl i warto to podkreślać.
Przyjęło się sądzić, że jeśli już coś smacznego wyjdzie Austriakom, to z pewnością będzie to wino białe. Ze świetnymi Gruner Veltlinerami zdążyliśmy się już oswoić, do Rieslingów również się przekonujemy. Mnie jednak w Marriotcie powaliła na łopatki austriacka czerwień. Pinot Noir i Blaufrankisch to odmiany, które bezwzględnie trzeba śledzić. Całą degustację czerwonych można było właściwie uznać za skończoną po spróbowaniu win z winnicy Panaroma (mój prywatny zwycięzca degu). Niepokój mogło wzbudzić, że winiarz próbował zrobić za duży show na swoim stoliku. Nie dość, że przywiózł chłodziarkę do swoich win, to jeszcze eksponował na talerzu ziemię ( a właściwie głównie kamienie ) z winnicy. Ponadto chwalił się tym, że w ostatnim czasie liczba dżdżownic na jego działkach wzrosła 10-krotnie. Chrzanić te wszystkie dżdżownice, zabawne etykiety i kamienie na talerzu, ważne były wina. Po spróbowaniu ich miałem ochotę przyklęknąć z telemarkiem. Bajeczka! Ceny niestety dorównały walorom smakowym. Trzeba liczyć się z kosztami porównywalnymi z zakupem sensownego Brunello albo Amarone, ale zdecydowanie warto.
Skoro jesteśmy przy cenach, to Austria nie jest synonimem taniości. Niestety jest to gorzka prawda. Wina podstawowe były... bardzo podstawowe, a te warte uwagi o jakieś 30% za drogie. Widać taka jest nasza środkowoeuropejska mentalność. Węgry za drogie, Polska za droga, Słowenia nietania, to i Austria się ceni.
Kolejnym odkłamaniem było spróbowanie wielu win z 2010 roku. Mówiło się, że był to znacznie słabszy rocznik niż 2009. Tymczasem wina zaprezentowały się wyśmienicie. Sami winiarze twierdzą, że jakość gron była wyższa, kłopotem okazała się tylko mała wydajność.
Wbrew stereotypom, ale tym razem na minus, zaprezentowały się słodkości. Jakoś miałem w głowie, że słodka Austria to wina od świetnych w górę. Tymczasem zupełnie wszystko czego spróbowałem było nudne, mdłe, za ciężkie. Wina nie były w stanie dźwignąć wysokiego poziomu cukru. Spore rozczarowanie.
Podczas degu zabrakło przedstawicieli najbardziej znanego regionu Wachau, a z będącej pupilkiem dziennikarzy winiarskich Styrii pojawił się zaledwie jeden producent. Czy czułem zatem jakiś niedosyt? Wręcz przeciwnie, bogactwo win gwarantowało raczej przesyt. Zresztą na Wachau należy poświęcić osobny wieczór.
Wyszedłem z przykrą konstatacją, że piję zdecydowanie za mało win z jednego z najbliższych nam krajów, niemal sąsiada. Obiecuję to zmienić, a z obietnicy wywiążę się w najbliższej notce (zacna butla już się chłodzi).

4 komentarze:

wildrose pisze...

W takim towarzystwie jak widac na zalaczonym zdjeciu degustacja musiala byc przyjemnoscia :)
Nie znam win austriackich i jakos stronie, ale chyba nie warto z tego co piszesz. Jednak obserwujac polki sklepowe jakos nie rzucaja sie w oczy!
Trzeba sie niezle naszukac!

Białe nad czerwonym pisze...

Co ciekawe Polska jest jednym z największych importerów win z Austrii. Ale faktycznie trzeba się nieźle nabiegać, żeby znaleźć wina austriackie.

kohei pisze...

Ha! To samo zdjęcie chciałem zrobić (nie, nie to z glebą), ale jakoś się krępowałem. Dobrze, że mnie wyręczyłeś:]
A zachwytu nad Panaromą nie podzielam. Jasne, to dobre (chyba) wina były, chętnie bym je popróbował na spokojnie, ale każde wino po 50€ za butelkę (ex cellar!) budzi mój wewnętrzny opór. Nawet jeśli nie robi go LVMH.

Białe nad czerwonym pisze...

@Kohei
Ja byłem pewien, że mój pomysł jest wtórny. Piękna Pani jednak mnie zaskoczyła mówiąc, że jako pierwszy wyrwałem się z taką propozycją.