niedziela, 27 marca 2011
środa, 23 marca 2011
Cloudy Bay Sauvignon Blanc 2010, Cloudy Bay Pinot Noir 2008
WYŚMIENITE-, 119 PLN
Mógłbym powtórzyć ( bo przeciez nie zaśpiewać ) za Kazikiem: "najbardziej lubię wizualizować sobie ostateczny krach systemu korporacji", dodam, że zwłaszcza w branży winiarskiej. Wkurza mnie coraz modniejsze ( również w PL ) spekulacyjne inwestowanie w wina, których się nigdy nie pije, ba nawet się ich nie widzi. Nie kumam o co chodzi w międzykontynentalnych aliansach producentów win. Dostaję wysypki gdy słyszę o kupowaniu winnic przez towarzystwa ubezpieczeniowe, koncerny farmaceutyczne czy inne fundusze emerytalne. Chciałbym, żeby świat zatrzymał się na romantycznym modelu wytwarzania wina w winnicach przekazywanych z pokolenia na pokolenia w ramach rodziny. Niestety, wysokie ceny jakie jesteśmy gotowi płacić za wina, ściągnęły do tego najsympatyczniejszego działu rolnictwa wielki biznes. Chyba jedyną szansą na powstrzymanie tej tendencji jest wspieranie małych producentów poprzez kupowanie ich win.
Traktując serio, to co powyżej napisałem, trudno mnie posądzić o miłość do koncernu LVMH. Koncern ten skupia dobra luksusowe od torebek, poprzez perfumy i zegarki, aż po whisky, koniaki i wiele, wiele innych. Rozstrzał, jak widać, dość spory. Wszystkie ich produkty łączy cena, bardzo wysoka cena.
LVMH sprzedaje również słynne nowozelandzkie wina Cloudy Bay. Wina z posiadłości, która zrobiła wiele dla rozsławienia Sauvignon Blanc z regionu Marlborough. Miałem okazję spróbować ostatnio ich flagowych win - Sauvignon Blanc i Pinot Noir. O ile z przyjemnością uszczypnąłbym wieloryba jakim jest LVMH, to na winach znęcać się nie mogę. Były po prostu dobre, czy wręcz wyśmienite.
Sauvignon Blanc pachniało winogronami, trochę agrestem, owocami południowymi. Nos był generalnie dość bogaty jak na S.B. z antypodów. W ustach sucho, mineralnie, bez zbędnych fajerwerków, z każdym łykiem zyskiwało. Piło się świetnie, zwłaszcza, że to była pora śniadania.
Pinot Noir wygląda mało komercyjnie, widać że nie próbuje się mizdrzyć do osoby go pijącej. Barwa brudno jasna, jak to w Pinocie, kręgosłup praktycznie żaden, kruchuteńkie. Aromaty poziomki i truskawki, bez nut obejściowych charakterystycznych dla odmiany. Przypomina raczej środkowoeuropejskie Pinoty niż produkty nowoświatowe. Nie jest to wino spektakularne, którego jeden kieliszek uwiedzie tłumy. Nie wyobrażam sobie jednak żebym mógł się nim znudzić. Szczerze polecam.
Moje wysokie oceny są całkowicie oderwane od cen Cloudy Baya. Patrząc obiektywnie wina są świetne, ale w relacji cena/jakość plasują się na szarym końcu. Wina powinny kosztować nie ponad stówkę, ale jakieś 50 PLN. I tu mamy kolejny argument przeciw "wysysającym naszą krew kapitalistom". Nie dajmy sobie wmówić, że wielka firma optymalizując koszty zapewni nam produkty wysokiej jakości za cenę niższą niż może to zrobić mały producent. Wielka firma myśli o wielkich zyskach i tyle. Długofalowo zawsze bardziej opłaci się duża konkurencja, a więc wspieranie wielu niewielkich przedsiębiorców. A tym, którzy pomimo wszelkich zastrzeżeń chcą spróbować zbyt drogich win pozostaje szukanie okazji do degustacji darmowych, co stało się moim udziałem:-)
Etykiety:
nowa zelandia,
pinot noir,
SAUVIGNON BLANC,
Wyśmienite
poniedziałek, 21 marca 2011
Cusumano Benuara 2008
WYŚMIENITE, 55 PLNTakiego wina spodziewamy się po czerwonej Sycylii. Silne, pełne, gęste, skoncentrowane, południowe. Intensywne buchnięcie owocu sprawia takie wrażenie, że chce się to wino wychłeptać w jednej chwili. Na szczęście muskularna budowa wina nie pozwala na takie łakomstwo. Generalnie nie byłbym w stanie pić takich mocarzy na co dzień, ale raz na jakiś czas jak najbardziej. Celna sycylijska odpowiedź na chilijskie pseudoreservy. Myślę, że Benuara jest również świetnym winem do zabrania w gości. Winomaniacy je docenią, niepijący mają szanse się nawrócić, a wszystkim spodoba się szklany korek jakim jest zamykane.
Uczciwa cena, nie żeby jakaś okazyjna, ale uczciwa.
Etykiety:
nero d'Avola,
sycylia,
syrah,
Włochy,
Wyśmienite
czwartek, 17 marca 2011
Lenz Moser Beerenauslese 2007
WYŚMIENITE
Totalne zaskoczenie. W poprzednim poście wspomniałem, że ostatnio pite słodycze z Austrii zawiodły moje oczekiwania. Tymczasem to, po którym nie spodziewałem się najwyższych lotów okazało się najsmaczniejsze. Lenz Moser to wieloryb mający ileś różnych marek, kojarzy się dość supermarketowo. Te wina, których miałem okazję próbować były poprawne, ale do rzucania na kolana sporo im brakowało. Warte próbowania raczej tylko z powodu przystępnej ceny. Co do kosztów, to nie udało mi się dotrzeć ile u nas kosztuje opisywane wino, ale patrząc po stronach zagranicznych nie powinno to być więcej niż 50 PLN, a niewykluczone nawet, że sporo mniej. Za taką kwotę dostajemy wino niezwykle aromatyczne, wyczujemy brzoskwinię, skórkę pomarańczową, dojrzałe banany, jakieś inne trudniejsze do zidentyfikowania owoce egzotyczne, a także nuty miodu gryczanego. Mi najbardziej podobały się zgrabne proporcje pomiędzy słodyczą, a wyczuwalną kwasowością. Dzięki tej ostatniej BA zachowało sporo rześkości, nie nudziło się wcale. Na kontretykiecie wino opisano jako "płynne złoto", trochę w tym przesady, ale tylko trochę. Z pleśniakiem sprawdziło się bardzo pierwsza klasa.
Totalne zaskoczenie. W poprzednim poście wspomniałem, że ostatnio pite słodycze z Austrii zawiodły moje oczekiwania. Tymczasem to, po którym nie spodziewałem się najwyższych lotów okazało się najsmaczniejsze. Lenz Moser to wieloryb mający ileś różnych marek, kojarzy się dość supermarketowo. Te wina, których miałem okazję próbować były poprawne, ale do rzucania na kolana sporo im brakowało. Warte próbowania raczej tylko z powodu przystępnej ceny. Co do kosztów, to nie udało mi się dotrzeć ile u nas kosztuje opisywane wino, ale patrząc po stronach zagranicznych nie powinno to być więcej niż 50 PLN, a niewykluczone nawet, że sporo mniej. Za taką kwotę dostajemy wino niezwykle aromatyczne, wyczujemy brzoskwinię, skórkę pomarańczową, dojrzałe banany, jakieś inne trudniejsze do zidentyfikowania owoce egzotyczne, a także nuty miodu gryczanego. Mi najbardziej podobały się zgrabne proporcje pomiędzy słodyczą, a wyczuwalną kwasowością. Dzięki tej ostatniej BA zachowało sporo rześkości, nie nudziło się wcale. Na kontretykiecie wino opisano jako "płynne złoto", trochę w tym przesady, ale tylko trochę. Z pleśniakiem sprawdziło się bardzo pierwsza klasa.
Etykiety:
austria,
burgenland,
Wyśmienite
niedziela, 13 marca 2011
Degustacja win austriackich
Podczas czwartkowej degustacji win austriackich w Hotelu Marriott mogliśmy skonfrontować rzeczywistość z kilkoma stereotypami. I rzeczywistość wydała się znacznie piękniejsza od stereotypów, choć niektóre schematy dotyczące win austriackich trzymają się mocno.
Zacznijmy od tego, że wina te mają swój dość łatwo rozpoznawalny charakter. Nie są to, jak czasem by chcieli niektórzy, takie słabsze wina niemieckie. Prowadzący seminarium Austriak (uciekło mi Jego nazwisko) mówił, o braku granic, o przenikaniu się kultur winiarskich i t.p. O tym, że granicząca ze Słowenią Styria daje wina podobne do słoweńskich, a w przytulonym do Węgier Burgenlandzie powstają wina zbliżone do madziarskich. To zupełnie niepotrzebna skromność. Austria, jako winiarska całość, ma swój styl i warto to podkreślać.
Przyjęło się sądzić, że jeśli już coś smacznego wyjdzie Austriakom, to z pewnością będzie to wino białe. Ze świetnymi Gruner Veltlinerami zdążyliśmy się już oswoić, do Rieslingów również się przekonujemy. Mnie jednak w Marriotcie powaliła na łopatki austriacka czerwień. Pinot Noir i Blaufrankisch to odmiany, które bezwzględnie trzeba śledzić. Całą degustację czerwonych można było właściwie uznać za skończoną po spróbowaniu win z winnicy Panaroma (mój prywatny zwycięzca degu). Niepokój mogło wzbudzić, że winiarz próbował zrobić za duży show na swoim stoliku. Nie dość, że przywiózł chłodziarkę do swoich win, to jeszcze eksponował na talerzu ziemię ( a właściwie głównie kamienie ) z winnicy. Ponadto chwalił się tym, że w ostatnim czasie liczba dżdżownic na jego działkach wzrosła 10-krotnie. Chrzanić te wszystkie dżdżownice, zabawne etykiety i kamienie na talerzu, ważne były wina. Po spróbowaniu ich miałem ochotę przyklęknąć z telemarkiem. Bajeczka! Ceny niestety dorównały walorom smakowym. Trzeba liczyć się z kosztami porównywalnymi z zakupem sensownego Brunello albo Amarone, ale zdecydowanie warto.
Skoro jesteśmy przy cenach, to Austria nie jest synonimem taniości. Niestety jest to gorzka prawda. Wina podstawowe były... bardzo podstawowe, a te warte uwagi o jakieś 30% za drogie. Widać taka jest nasza środkowoeuropejska mentalność. Węgry za drogie, Polska za droga, Słowenia nietania, to i Austria się ceni.
Kolejnym odkłamaniem było spróbowanie wielu win z 2010 roku. Mówiło się, że był to znacznie słabszy rocznik niż 2009. Tymczasem wina zaprezentowały się wyśmienicie. Sami winiarze twierdzą, że jakość gron była wyższa, kłopotem okazała się tylko mała wydajność.
Wbrew stereotypom, ale tym razem na minus, zaprezentowały się słodkości. Jakoś miałem w głowie, że słodka Austria to wina od świetnych w górę. Tymczasem zupełnie wszystko czego spróbowałem było nudne, mdłe, za ciężkie. Wina nie były w stanie dźwignąć wysokiego poziomu cukru. Spore rozczarowanie.
Podczas degu zabrakło przedstawicieli najbardziej znanego regionu Wachau, a z będącej pupilkiem dziennikarzy winiarskich Styrii pojawił się zaledwie jeden producent. Czy czułem zatem jakiś niedosyt? Wręcz przeciwnie, bogactwo win gwarantowało raczej przesyt. Zresztą na Wachau należy poświęcić osobny wieczór.
Wyszedłem z przykrą konstatacją, że piję zdecydowanie za mało win z jednego z najbliższych nam krajów, niemal sąsiada. Obiecuję to zmienić, a z obietnicy wywiążę się w najbliższej notce (zacna butla już się chłodzi).
Zacznijmy od tego, że wina te mają swój dość łatwo rozpoznawalny charakter. Nie są to, jak czasem by chcieli niektórzy, takie słabsze wina niemieckie. Prowadzący seminarium Austriak (uciekło mi Jego nazwisko) mówił, o braku granic, o przenikaniu się kultur winiarskich i t.p. O tym, że granicząca ze Słowenią Styria daje wina podobne do słoweńskich, a w przytulonym do Węgier Burgenlandzie powstają wina zbliżone do madziarskich. To zupełnie niepotrzebna skromność. Austria, jako winiarska całość, ma swój styl i warto to podkreślać.
Przyjęło się sądzić, że jeśli już coś smacznego wyjdzie Austriakom, to z pewnością będzie to wino białe. Ze świetnymi Gruner Veltlinerami zdążyliśmy się już oswoić, do Rieslingów również się przekonujemy. Mnie jednak w Marriotcie powaliła na łopatki austriacka czerwień. Pinot Noir i Blaufrankisch to odmiany, które bezwzględnie trzeba śledzić. Całą degustację czerwonych można było właściwie uznać za skończoną po spróbowaniu win z winnicy Panaroma (mój prywatny zwycięzca degu). Niepokój mogło wzbudzić, że winiarz próbował zrobić za duży show na swoim stoliku. Nie dość, że przywiózł chłodziarkę do swoich win, to jeszcze eksponował na talerzu ziemię ( a właściwie głównie kamienie ) z winnicy. Ponadto chwalił się tym, że w ostatnim czasie liczba dżdżownic na jego działkach wzrosła 10-krotnie. Chrzanić te wszystkie dżdżownice, zabawne etykiety i kamienie na talerzu, ważne były wina. Po spróbowaniu ich miałem ochotę przyklęknąć z telemarkiem. Bajeczka! Ceny niestety dorównały walorom smakowym. Trzeba liczyć się z kosztami porównywalnymi z zakupem sensownego Brunello albo Amarone, ale zdecydowanie warto.
Skoro jesteśmy przy cenach, to Austria nie jest synonimem taniości. Niestety jest to gorzka prawda. Wina podstawowe były... bardzo podstawowe, a te warte uwagi o jakieś 30% za drogie. Widać taka jest nasza środkowoeuropejska mentalność. Węgry za drogie, Polska za droga, Słowenia nietania, to i Austria się ceni.
Kolejnym odkłamaniem było spróbowanie wielu win z 2010 roku. Mówiło się, że był to znacznie słabszy rocznik niż 2009. Tymczasem wina zaprezentowały się wyśmienicie. Sami winiarze twierdzą, że jakość gron była wyższa, kłopotem okazała się tylko mała wydajność.
Wbrew stereotypom, ale tym razem na minus, zaprezentowały się słodkości. Jakoś miałem w głowie, że słodka Austria to wina od świetnych w górę. Tymczasem zupełnie wszystko czego spróbowałem było nudne, mdłe, za ciężkie. Wina nie były w stanie dźwignąć wysokiego poziomu cukru. Spore rozczarowanie.
Podczas degu zabrakło przedstawicieli najbardziej znanego regionu Wachau, a z będącej pupilkiem dziennikarzy winiarskich Styrii pojawił się zaledwie jeden producent. Czy czułem zatem jakiś niedosyt? Wręcz przeciwnie, bogactwo win gwarantowało raczej przesyt. Zresztą na Wachau należy poświęcić osobny wieczór.
Wyszedłem z przykrą konstatacją, że piję zdecydowanie za mało win z jednego z najbliższych nam krajów, niemal sąsiada. Obiecuję to zmienić, a z obietnicy wywiążę się w najbliższej notce (zacna butla już się chłodzi).
poniedziałek, 28 lutego 2011
Chateau Citran 2006
WYŚMIENITE-, 99 PLN
Paw plus alkohol budzi w nas skojarzenia dość jednoznaczne i nie są to skojarzenia dobre:-) Tym bardziej zaintrygował mnie wizerunek tego królewskiego ptaka na etykiecie Chateau Citran. Okazuje się, że pawie są po prostu stałymi lokatorami posiadłości. Wino Chateau Citran to medokańskie Cru Bourgeois powstałe po połowie z Cabernet Sauvignon i z Merlota. Wyśmienite, zwarte, dobrze skomponowane. Zgrabne proporcje pomiędzy owocowością a tanicznością. Zaskakuje jedynie, że jak 50 % udział Merlota miało dość suchą i cherlawą budowę. Pijąc je na początku dominują nuty czerwonej porzeczki by z czasem ustąpić nieco miejsca jeżynom.

Wino więcej niż przyjemne i z pewnością warto po nie sięgnąć, ale dotyka je typowa choroba Bordosów. Wiemy, że tamtejsze wina są świetne, być może wciąż najlepsze na świecie. Wiedzą o tym, niestety, również bordoscy winiarze dojąc konsumentów, że aż miło. Klienci zresztą są sami sobie winni akceptując horrendalne ceny. Skutkiem tego sięgając po wino z Bordeaux kupujemy wino, które raczej będzie dobre i na pewno będzie zdecydowanie za drogie. Zmian na lepsze raczej nie widać. Hipotetyczny bojkot win z Bordeaux na nic się zda. Zawsze znajdzie się bogaty Chińczyk, Hindus czy Rosjanin gotów zapłacić w myśl zasady "im drożej tym lepiej". Dziś złoszczę się, że solidne, choć bez jakiś fajerwerków, Cru Bourgeois warte według mnie 60 PLN kosztuje niemal stówkę. Obawiam się jednak, że za kilka lat będziemy wspominać te ceny jako relatywnie niskie. Świat wariuje, pora przerzucić się na niedocenione ( na razie ) Beaujolais...
Paw plus alkohol budzi w nas skojarzenia dość jednoznaczne i nie są to skojarzenia dobre:-) Tym bardziej zaintrygował mnie wizerunek tego królewskiego ptaka na etykiecie Chateau Citran. Okazuje się, że pawie są po prostu stałymi lokatorami posiadłości. Wino Chateau Citran to medokańskie Cru Bourgeois powstałe po połowie z Cabernet Sauvignon i z Merlota. Wyśmienite, zwarte, dobrze skomponowane. Zgrabne proporcje pomiędzy owocowością a tanicznością. Zaskakuje jedynie, że jak 50 % udział Merlota miało dość suchą i cherlawą budowę. Pijąc je na początku dominują nuty czerwonej porzeczki by z czasem ustąpić nieco miejsca jeżynom.
Wino więcej niż przyjemne i z pewnością warto po nie sięgnąć, ale dotyka je typowa choroba Bordosów. Wiemy, że tamtejsze wina są świetne, być może wciąż najlepsze na świecie. Wiedzą o tym, niestety, również bordoscy winiarze dojąc konsumentów, że aż miło. Klienci zresztą są sami sobie winni akceptując horrendalne ceny. Skutkiem tego sięgając po wino z Bordeaux kupujemy wino, które raczej będzie dobre i na pewno będzie zdecydowanie za drogie. Zmian na lepsze raczej nie widać. Hipotetyczny bojkot win z Bordeaux na nic się zda. Zawsze znajdzie się bogaty Chińczyk, Hindus czy Rosjanin gotów zapłacić w myśl zasady "im drożej tym lepiej". Dziś złoszczę się, że solidne, choć bez jakiś fajerwerków, Cru Bourgeois warte według mnie 60 PLN kosztuje niemal stówkę. Obawiam się jednak, że za kilka lat będziemy wspominać te ceny jako relatywnie niskie. Świat wariuje, pora przerzucić się na niedocenione ( na razie ) Beaujolais...
Etykiety:
bordeaux,
Cabernet Sauvignon,
francja,
haut-medoc,
merlot,
Wyśmienite
poniedziałek, 21 lutego 2011
Colle al Vento Negroamaro 2008
MIERNE-, 13 PLN
Nieosiągalne pragnienie znalezienia wina taniego i dobrego zarazem, znów mnie zaprowadziło do Biedrony. Colle al Vento Negroamaro jest winem z południowych Włoch, którego główną zaletą jest fenomenalna cena. Niestety innych zalet doszukać się ciężko. Smakuje jak cienkie wino, do którego ktoś dolał spirytusu ( niezbyt mocno, ale jednak wyczuwalny). Bezzapachowe jakieś. I w ogóle takie nijakie. Nie bardzo jest się do czego przyczepić, ale i zachwycić się nie ma zupełnie czym. Napisałbym, że jest to notka ku przestrodze, ale jednak cena robi wrażenie. Jako wina nie kupować, jako solidny sok owocowy jak najbardziej. Słyszałem, że Primitivo od tego samego producenta jest całkiem znośne, może kiedyś spróbuję.
Nieosiągalne pragnienie znalezienia wina taniego i dobrego zarazem, znów mnie zaprowadziło do Biedrony. Colle al Vento Negroamaro jest winem z południowych Włoch, którego główną zaletą jest fenomenalna cena. Niestety innych zalet doszukać się ciężko. Smakuje jak cienkie wino, do którego ktoś dolał spirytusu ( niezbyt mocno, ale jednak wyczuwalny). Bezzapachowe jakieś. I w ogóle takie nijakie. Nie bardzo jest się do czego przyczepić, ale i zachwycić się nie ma zupełnie czym. Napisałbym, że jest to notka ku przestrodze, ale jednak cena robi wrażenie. Jako wina nie kupować, jako solidny sok owocowy jak najbardziej. Słyszałem, że Primitivo od tego samego producenta jest całkiem znośne, może kiedyś spróbuję.
Etykiety:
apulia,
mierne,
negroamaro,
Włochy
Subskrybuj:
Posty (Atom)









