środa, 17 marca 2010

California Dreaming Festival VI

Powoli ten blog zmienia swój charakter z blogu o winach na blog imprezowy. Trzeci wpis i trzecia relacja z degustacji. Ale to przecież nie moja wina, że jest taki natłok ciekawych wydarzeń skumulowanych w jednym czasie. Żal opuścić choć jedno z nich. Niektóre, jak Gambero Rosso, zapadną w pamięć, a po innych takich jak California... pozostanie mi tylko blognotka. No może zapamiętam coś jeszcze. Przybicie piątki z Ambasadorem USA Lee Feinsteinem i fantastyczny widok z ambadorskiej rezydencji.
Co zaś do win to fakty są takie, że nie samą Kalifornią żyje winiarska Ameryka i nie samymi Cabernetami i Zinfandlami żyje Kalifornia. Niestety podczas prezentacji nie było nam dane się o tym przekonać. Rozumiem rzecz jasna, że skoro była to degustacja win z Kalifornii to prezentowano wina kalifornijskie właśnie. Aczkolwiek przydałby się jakiś mały stoliczek gdzieś na uboczu, przy którym byłaby okazja spróbowania win z Oregonu, Waszyngtonu czy innej Florydy.
Co zaś do ubóstwa szczepów przedstawianych, to wypada współczuć naszym sojusznikom zza Oceanu. Jeśli chcesz wypić coś białego to proszę bardzo, mamy wszystko pod warunkiem, że będzie to Chardonnay. Pojawiło się kilka butelek z innych odmian, ale to chyba na zasadzie dowcipu. Jedno sensowne Pinot Grigio, kilka Rieslingów robiących obciach tej zacnej odmianie, jakiś niezły, ale dziwny Viognier i masakrycznie przerysowany Gewurztraminer.
Z czerwienią było o niebo lepiej. Cabernet Sauvignon i Zinfandel to szczepy, które pokochały Kalifornię. Fajnie było popatrzeć jak różny może być Zinfandel, od przesadnie żywej owocowości, przez dojrzałą harmonię, po wina zabite zbytnim umiłowaniem amerykańskiej beczki.
Obok dwóch wymienionych szczepów można było znaleźć trochę Pinot Noirów. I to było dla mnie największe, bardzo pozytywne zaskoczenie. Zupełnie jak bohaterowie Bezdroży, podążałem od stołu do stołu w poszukiwaniu idealnego Pinota. I muszę przyznać, że nie nadziałem się na zbyt wiele min. Jeśli czytają mnie kalifornijscy winiarze :-), to zdecydowanie polecam im prace nad tą odmianą. Efekty wyglądają lepiej niż obiecująco. Polujcie w sklepach na amerykańskie Pinoty!
Inne czerwone wina wystąpiły w charakterze ciekawostek i nie do końca warto im poświęcać czas.
W kuluarach usłyszałem, że wina amerykańskie mają u nas aż 20% rynku. Wolne żarty! Jeśli to prawda to znaczy, że aż 19,9% polskiego rynku ma amerykańskie, bądź co bądź, Carlo Rossi. Wina próbowane przeze mnie podczas California Dreaming Festival VI mogły jednym osobom smakować bardziej, innym mniej. Mają niestety wspólną jedną cechę, są diablo drogie. Rozumiem to, inne są koszta w przypadku importu win z UE, a inne z USA. Nie wierzę więc, że pomijając napoje winopodobne w stylu Carlo Rossi czy Sutter Home, kalifornijscy winiarze podbiją nasz rynek. Trochę szkoda, a trochę nie szkoda...

4 komentarze:

wildrose pisze...

Z przyjemnoscia czytam i ten post. Na imprezowy sie zamiania, ale przeciez nie moze byc inaczej, dobrej imprezie musi towarzyszyc dobry trunek... wiec wino!
No coz, kalifornijskie wina sa namiastka winnego napoju w przekonaniu Wlochow, ktorzy na swoj rynek naprawde nikogo prawie nie wpuszczaja. Natomiast my zyjac we Wloszech ale, w srodowisku amerykanskim znamy wina kalifornijskie i cenimy! Kupujemy zwykle stolowe roznych odmian i szczepow (niewiele sie znam ale Chardonny jest niezle drugie biale ktore ja lubie to Chablis) ale dla laikow i samkoszy takich jak my one sa wystarczajace. Gdyby nie nasze miejsce zycia to pewnie na amerykanskich bysmy mogli poprzestac bo nam smakuja...
nie znalismy dotad jednak tego Pinota... musze lepiej poszperac na ich polkach.

Mariusz Boguszewski pisze...

Człowiek może się nieźle rozczarować jak poczyta sobie o kalifornijskich winach w przedrukach amerykańskich książek, czy w przewodniku Johnsona, a potem będzie chciał coś zacnego upolować w polskich sklepach. A tu, za przeproszeniem, blada du.. Ciekaw jestem jak wypadnie chardonnay Roberta Mondavi, ale to prawdę mówiąc bardziej popularna, supermarketowa seria Woodbridge, która pewnie niewiele ma wspólnego z uznanymi "dziełami" tego winiarza.

Maciek pisze...

Po Woodbridge i Private Selection, naprawde sypmpatyczne wina codzienne od Mondaviego, warto skoczyc na poludnie. Butelki sprzedawane po 50-70 zl w naszej Almie w przygranicznych czeskich marketach kupic za 20.

A wina Kalifornii to radosc i pelnia smaku. Przewaznie nie trzeba sie nad nimi zastanawiac, dumac - trzeba je pic. I dlatego wielka szkoda ze ich u nas tak malo i ze takie drogie - jestem pewien ze soczysty PN z Sonomy albo pachnacy passiflora organiczny sauvignon blanc z Mendoncino moglby stanowic dla wielu Polakow swietne zaproszenie do swiata win.

Paweł pisze...

Myślę jednak że inauguracyjna impreza dwa lata temu wypadła znacznie lepiej, wieczorem po imprezie w ambasadzie był organizowany wieczór kalifornijski w jednej z warszawskich restauracji.
Cóż może z powodu kryzysu impreza została okrojona?
Dwa lata temu pojawiały się np. Rieslingi z Russian River Valley, których nie widziałem w tym roku...a szkoda.